Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
poniedziałek, 29 lutego 2016

Kim zostać? Oczywiście nasze dzieci mają pewne marzenia, które na chwilę obecną pewnie mają się nijak do przeszłości, ale po to są marzenia, by się kiedyś spełniały. Czasami samo życie płata figle. Znam chłopaka, który chciał być kosmonautą, a został stolarzem. I takiego, który miał być mechanikiem, a został śpiewakiem operowym. Mimo wszystko zabawa w marzenia jest cudna – sami możemy w tym momencie cofnąć się do lat dzieciństwa i przypomnieć sobie, co nam chodziło po głowie. Aż sama uśmiecham się do swoich pomysłów, pragmatycznych komentarzy mamy.

Książka pokazuje szerokie spektrum zawodowych możliwości. Dzieci przebywające w pewnej określonej rzeczywistości nawet niekiedy nie zdają sobie sprawy z faktu, że jakiś zawód w ogóle istniej. Bo jest na przykład taki zwykły niezwykły teatr. A w tym teatrze można realizować się jako: dramatopisarz, reżyser, scenograf, montażysta dekoracji, kierowniczka literacka, aktor, realizator dźwięku, realizator światła, sufler, inspicjent, charakteryzatorka, perukarka. Uffff – dużo tego, choć to i tak na pewno nie wszystko.

Oprócz teatru można poznać profesje charakterystyczne dla farmy, statków, lotniska, hotelu, szpitala, galerii handlowej, szkoły, służb ratowniczych, budowy, dworca kolejowego, baletu i opery, planu filmowego, redakcji gazety, muzeum, atelier, kosmodromu. Bardzo nam tu brakuje świata sportu. Moi synowie chcą zostać piłkarzami w reprezentacji. Takich chłopców jak oni, na samej naszej ulicy jest jeszcze co najmniej pięciu i każdy marzy o tym samym. Bajecznie słuchać czasem kłótni moich panów jak sobie wytykają, że ten drugi nie potrafi grać. Ale cudnie jest mieć marzenia. I nie mówię, że z tego wyżyć nie można (choć z piłki w reprezentacji pewnie się da). Absolutnie. Dodajemy skrzydeł, by latać wysoko.


Książka zawiera mnóstwo barwnych ilustracji, które przedstawiają poszczególne profesje. Najpierw prezentacja danego miejsca, potem – na następnej rozkładówce, opisy poszczególnych zawodów. Krótko, zwięźle i ciekawie opisane są główne zadania. Niektórzy przedstawiciele profesji są dopuszczani też do głosu i w komiksowych dymkach dokonują krótkiej autoprezentacji.

Ta książka to strzał w dziesiątkę. Kto wie, może lektura z lat dzieciństwa zainspiruje przyszłego kosmonautę bądź rolnika.

Wiek 6+

Wydawnictwo Bajka

sobota, 27 lutego 2016

Dwójka przyjaciół: Żabek i Ropuch. Jak ogień i woda. Dwa różne temperamenty, dwie różne filozofie życiowe. Jeden: to zrzęda, uparciuch i leniuch. To Ropuch. Natomiast ten drugi: ciągle optymistyczny, pozytywnie nastawiony do świata, kreatywny. Dla niego nie ma żadnych trudności – a nawet jeśli się pojawiają, robi wszystko, by je pokonać. To Żabek. W przypadku tej dwójki sprawdza sie stare powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają.

Przyjaźń to cenna wartość. Trzeba o nią dbać, pielęgnować ją, a tu niejednokrotnie wystawiana jest na próbę. Oj, gdyby nie cierpliwość Żabka – to by się działo, że ho ho ho. W najnowszej książce śledzimy losy przyjaciół w różnych porach roku. Nie są to wyszukane, jakieś fantastyczne i pełen przygód opowieści. Nie, wprost przeciwnie, dotykają one dnia codziennego, zwykłych spraw. Zimą Ropuch i Żabek zjeżdżają razem na sankach, wiosną szukają … wiosny, latem objadają się lodami, jesienią, pomagają sobie nawzajem (choć o tym nie wiedzą) w pracach porządkowych w ogrodzie. Książkę zamyka ciepła i wzruszająca opowieść wigilijna o czekaniu na siebie, trosce o drugiego i radości z bycia razem. Każda historia czegoś uczy, każda przekazuje jakąś wartościową naukę. Nie ma tu jednak nachalnego moralizatorstwa.


Książka trochę w klimacie vintage. Słynna żabia seria Arnolda Lobel’a ukazała się za oceanem w latach siedemdziesiątych. Była tak popularna, że na jej podstawie powstał nawet musical. Klasyczne ilustracje, klasyczny uporządkowany tekst. Ciekawa – zielona kolorystyka – wyraźne skłaniająca się ku bagnistym szarościom. Duże litery i szeroka interlinia na pewno ucieszą początkującego czytelnika.


Podoba mi się tłumaczenie znanego i cenionego dziennikarza - Wojciech Manna. Mam takie wrażenie, że w tym tekście jest jakaś jego cząstka:)))) Może się mylę. Jednak jeśli ktoś podsłuchuje w "Trójce" pana Wojtka wie, o czym mówię. Budowa zdania, eksponowanie tego, co ważne, co warto podkreślić, troszkę ironii, troszkę humoru. Dobrze się czyta ten tekst - ot tak po prostu. 


Wiek 5+

Wydawnictwo Literackie

piątek, 26 lutego 2016

Pewnego dnia mały chłopiec znajduje na swojej drodze kreskę. Mógłby jej nie zauważyć, mógłby przecież przejść obojętnie – bo to w końcu TYLKO mała kreska. Tymczasem chłopiec chowa ją zapobiegliwie do kieszeni. A ta zostaje z nim na dobre i na złe. Na dłuuuugie życie. Tak się zaczyna Wielka historia małej kreski.

Serge Bloch jest autorem niby niepozornych książek dla dzieci. Niby, bo w czasie lektury czytelnikiem targają silne emocje, niekiedy pojawiają się wzruszenie, wspomnienia, refleksje. Jego książki nie należą do tych, które przyciągają oko brokatem i lśniącym papierem. W księgarni stoją  (trochę) jak sierotki obok krzykliwych, bijących po oczach feerią barw okładek. Jak choćby „Wróg”, który przekazał więcej prawdy o wojnie aniżeli setki zapisanych przez mądrych mężów kartek. Wielka historii małej kreski też wygląda …niepozornie.

Rozbrykany chłopiec na kremowej okładce i zwój poplątanej czerwonej  kreski. Warto po nią sięgnąć – a co najważniejsze jest dla czytelnika w każdym wieku. Ja dostrzegam w niej wątki autobiograficzne -na ostatniej kartce znajduje się lista osób, którym Serge Bloch dedykuje te książkę - śród nich tuzy malarskiego świata.  Tymczasem wielu z nas może się w niej odnaleźć. Nie jest ważne, czy ktoś jest wielkim artystą. To lektura o talencie i pasji. Bibliofil, mechanik, krawcowa, aktor z pasją – każdy z nich kiedyś znalazł na swojej drodze właśnie taką małą kreskę. Może nie było to w wieku dziecięcym, może trochę później. Jakie były jej losy – to już zależało od danego człowieka. Czy tak jak książkowy chłopiec zaopiekowali się nią, zatroszczyli, byli z nią na dobre i złe, czy może zaraz porzucili ją za pierwszym rogiem? Życie weryfikuje takie wybory.

Małą kreskę widzę jako pasję, talent, szansę w życiu. Może odczytacie ją inaczej. Ciekawa jestem jak odczytają ją Wasze dzieci? Nic nie jest tu nazwane dosłownie, powiedziane do końca. Interpretacja zależy od czytelnika. Świetnym pomysłem byłoby wykorzystanie tej książki w szkołach, w pracy z dziećmi, młodzieżą. Może świadomość, że taka kreska – maleńka, prawie niewidoczna, gdzieś obok każdego z nas leży, pomoże wytężyć wzrok. By czegoś nie zaprzepaścić, przeoczyć, by w końcu – wierzyć w siebie.

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki

poniedziałek, 22 lutego 2016

O „Klasie” słyszałam już jakiś czas temu. Książka ma swoją historię. Ukazała się ponad dziesięć lat temu i od razu odniosła sukces. Ja mam do niej jeszcze jeden osobisty sentyment. Moja koleżanka nauczycielka – też nazywa się Czajka. I choć to nie o niej ta książka, to jednak czasem miałam ja przed oczami podczas lektury.
„Klasa pani Czajki” jest opowieścią o pewnej klasie jednego z warszawskich gimnazjów. I choć przez karty powieści przewijają się bohaterowie i tłumnie i licznie, to jednak autorka skupia się najbardziej na 8-9 postaciach plus wychowawczyni – czyli tytułowej pani Czajce. Lektura porusza tak wiele problemów nurtujących współczesną młodzież, że nie sposób ich tu wszystkich wymienić. Na pewno ostatnie dziesięć lat zmieniło wiele w tym temacie. Rzeczywistość szaleje jak w kalejdoskopie. Jednak bardziej przyczepiłabym się tutaj gadżetów, które są dostępne dla młodych ludzi, a nie problemów, które ich dotyczą. Komórki są na pewno bardziej dostępne, i wydaje mi się, że nie jest to w  chwili obecnej szczyt marzeń młodego człowieka. Nawet odnoszę wrażenie, że cool jest ich nieposiadanie. Natomiast: takie zagadnienia jak przyjaźń, miłość, szkoła, nauczyciele, relacje z rodzicami są tematami, które nigdy się nie starzeją. Stąd to lektura, która może spodobać się współczesnym nastolatkom. Jednak czy jest ich książką pokoleniową? – śmiem wątpić. Taka jeszcze przed nimi. Ja „Klasę” przeczytałam bardziej jako mama niż recenzentka. Szukam takich lektur, które traktują o młodzieży, o tym co myślą nastolatki, jak myślą, dlaczego cierpią, kiedy są szczęśliwi. Wiem, żadna książka nie daje gotowej recepty na życie, a jednak ciekawie jest podpatrzeć jak radzą sobie inni z problemami i co to są właściwie za problemy. Muszę przyznać, że z „Klasą” zarwałam noc. Na szczęście był weekend i mogłam odespać nocne Polaków czytanie. Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy lekturę „Cogito” zaczynałam od „Wzrockowiska” Piekarskiej. Lekkie pióro, znajomość tego, co w młodej duszy gra. Udany przepis na dobrą książkę.

Wiek 14 +

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 21 lutego 2016

 

Trudne pojęcia wyjaśnia rodzina Miziołków. Miziołek, Mamiszon, Papiszon, Kaszydło, Mały Potwór w codziennych sytuacjach: zabawa w Klossa (czy młodsze roczniki znają?), wmawianie sobie miłości do szkoły („lubię szkołę”, „lubię szkołę”), podlewanie kwiatów na balkonie, pęknięcie rury grzewczej, wizyta gości, lektura listu od wuja Karola. Można by rzec – sytuacje jakich wiele w naszym życiu. Jednak u Miziołków w tych trudnych, miłych, niemiłych – czyli różnych sytuacjach życiowych, pojawiają się tytułowe trudne słowa. Mało tego – ze scenki rodzinnej i rozmów można łatwo odgadnąć znaczenie danego słowa bądź wyrażenia. Oprócz tego na marginesach znajdziecie już konkretną definicję, wzbogacaną niekiedy o wyrazy pokrewne. Skoro „perforacja” to i „perforować”. Dla dzieci jest to o tyle ciekawa lektura, ponieważ wychodzą one często z założenia, że znają język ojczysty. Tymczasem czy na pewno wiedzą cóż to takiego: asceza, aprobata, ultimatum, symulować, pertraktować, deportacja, somnambulik, purysta? Razem pięćdziesiąt słów plus niektóre wzbogacone o wyraz pokrewne. Do tego część zagadkowa: czyli sprawdzenie wiedzy i czytanie ze zrozumieniem. Do każdego słówka przytoczono trzy teksty. W którym z tekstów dane pojęcie zostało użyte prawidłowo. Co ciekawe te fragmenty pochodzą ze znanych książek. Zabawa o tyle ciekawsza, że można zrobić rodzinny konkurs: „ Jaka to książka?”

A tu autentyczna scenka rodzinna:

Mikołaj (8): 
-Mamo, te wszystkie inne języki to takie blabla. Nic nie można zrozumieć. A w polskim to ja już wszystkie słowa rozumiem.
Ja: Przydawka? (nie wiem, dlaczego przyszło mi tak nagle do głowy:)
-Mikołaj: Jasne. Przydawka, czyli że coś się ... przydaje.

Ten przykład pokazuje, że edukacja w tym kierunku jak najbardziej wskazana. Tak więc rodzina Miziołków ma nie lada misję do spełnienia. Taka lektura na pewno pomoże ubogacić język. No i można zabłysnąć w tzw. towarzystwie.

Książka bardzo energetyczna - dosłownie i przenośni. Rodzinie energii wszak nie brakuje. Natomiast z książki bije ostra czerwień, która pochłania i przyciąga czytelnika na całego.

Wiek 8+

Wydawnictwo Literatura

 

sobota, 20 lutego 2016

Ośmioletnia Zuzanka mieszka z mamą w pistacjowym domku. Kiedyś był jeszcze tata, ale pewnego dnia wyprowadził się i założył nową rodzinę. Ma teraz nową uśmiechniętą Monikę i wrzeszczącego berbecia Janka. Są też dwie przyjaciółki: Kasia i Renia, a wraz nimi … dodatkowe ich problemy. Przecież w przyjaźni trzeba się dzielić troskami. Jest też dziwny chłopiec Kajtek.  O dwa lata starszy,  taki jakiś nieobecny. Ma skośne oczy – gdy tymczasem jego rodzice nie. Ciekawe dlaczego tak jest?


Barbara Gawryluk w swojej książce pokazuje codzienność dorastającego dziecka i jego najbliższych. Można pokusić się o stwierdzenie, że każde wydarzenie ciekawie przekazane może stać się ciekawą opowieścią o życiu, z której można się czegoś nauczyć, dowiedzieć.

Książka pokazuje świat współczesny – trochę pomieszany, w  którym nie ma babci z koczkiem na głowie czekającej z ciepłym obiadkiem na wnuki. Mama Zuzanki każe na siebie mówić Marylka, co rusz spotykamy tu niepełne rodziny, poruszony został problem adopcji.

Rodzice zagonieni, nie mający na nic czasu. Dzieci pod opieką (miłych na szczęście) opiekunek. To ciekawy obraz współczesnej polskiej rodziny, która radzi sobie jak może z różnymi trudnymi sytuacjami i wyzwaniami, jakie przed nią stawia życie. Pewnie dlatego Zuzanka tak się podoba – dzieci odnajdują w niej siebie, swoich znajomych, nieobce im sceny z codzienności. Książka prowokuje pytania, ale też daje odpowiedzi na nie, jest punktem wyjścia do rozmów niekontrolowanych, jakie rozwijają się podczas lektury.

Wiek 7+

Wydawnictwo Literatura

czwartek, 18 lutego 2016

 

Wciągająca opowieść detektywistyczna w klimacie Pana Samochodzika Zbigniewa Nienackiego. Sam autor – Arkadiusz Niemirski – jest autorem kilku kontynuacji samochodzikowej serii. W tej książce głównym bohaterem jest  Artur Burski – nauczyciel matematyki – ponoć „nudny aż do bólu” (to eksnarzeczona), wymagający – (to uczniowie). Po trosze dziwak uważający matematykę za naukę humanistyczną, wielbiciel zagadek i tajemnic. Burski bierze udział w tytułowym pojedynku detektywów. Ci zjechali na zamek w Oporowie koło Kutna. Tutaj stoi przed nimi zadanie: na tajemniczej tabliczce znalezionej w trumnie biskupa Władysława Oporowskiego znajdują się dziwne znaki. Muzeum Wnętrz Stylowych mieszczące się w zamku uważa, że owe hieroglify są wskazówką do kryjówki wielkiego skarbu. Przed grupą detektywów (różnorodne i skomplikowane indywidua) stoi zadanie odszyfrowania zagadki. Warto pogłówkować, tym bardziej, że nagroda jest wysoka – 20 tysięcy euro to łakomy kąsek dla każdego z uczestników. Czy się uda?

Oprócz ciekawego wątku detektywistycznego i przygodowego Niemirski wplótł do akcji historię rodziny Burskich.  Dwójka braci - Artur i Marek – różni jak ogień i woda. Ten drugi niesamowicie zdolny, Smarkacz, z „genem nowoczesności po matce”, z kryminalną przeszłością. Bracia spotykają się po latach właśnie w Oporowie. Pojedynek pojedynkiem , jednak pewne rodzinne sprawy trzeba załatwić. Czy będą ze sobą rywalizować czy współpracować? Czy się pogodzą? Oczywiście nie zdradzę żadnych  szczegółów, by nie popsuć satysfakcji podczas czytania.

 Niemirski po „Testamencie bibliofila” oferuje kolejną udaną młodzieżówkę, w której jest miejsce na wiele elementów z historii, geografii i matematyki. Mowa jest też o męskich uczuciach i odczuciach. Młody czytelnik chłonny wiedzy i przygody ma możliwość poznania tajników pracy detektywów, gdzie są niebezpieczeństwo, wielkie emocje ale i olbrzymia satysfakcja.

Wiek 12+

Wydawnictwo Skrzat

środa, 17 lutego 2016

 

Książka Roalda Dahla, energicznie zilustrowana przez Quentina Blake’a. Tak, tak to ten znakomity duet znany z  „Charliego i fabryki czekolada“. „Matylda” jest błyskotliwie napisana, z pazurem - do tego dużo w niej humoru – a to dzieci lubią najbardziej. Książka została doceniona: znajduje się między innymi na „Złotej Liście” – dla czytelników  w wieku 8-10 lat – przygotowanej przez fundację „Cała Polska czyta dzieciom”.


Pięcioletnia Matylda jest dzieckiem niesamowitym. Ponadprzeciętnie zdolna, oczytana, rozliczona matematycznie, bezbłędnie literuje i zna ortografię.  Niestety rodzina nie docenia jej zalet. Rodzice zakochani są w telewizji, nie martwią się o edukację córki. Krytykują zamiłowanie Matyldy do książek. Sami czytają jedynie magazyny: „Samochód”  i „Motor”. Uniwersytet traktują jako miejsce, skąd się wynosi złe nawyki. Bardzo mnie rozbawił i zmroził zarazem dialog Matyldy z ojcem, panem Wormwoodem.

„(…)

-Tatusiu – zaczęła – mógłbyś mi kupić książkę?

-Książkę? – odparł. – A po kiego czorta ci książka?

-Do czytania, tatku.

-A co niby jest nie tak z telewizorem, na miłość boską? Mamy piękny telewizor z dwunastocalowym ekranem, a tobie zachciewa się książek! Robisz się rozpuszczona, moja panno! (…)”


-Dziewczynka nie ma wsparcia w rodzinie, w klasie uważana jest za dziwoląga, dyrektorka szkoły – panna Trunchbull – zakompleksiona osoba, wręcz ją prześladuje i pastwi się nad nią. Bratnią duszę dziewczynka znajduje jedynie w wychowawczyni – panny Honey . Przykre jest stwierdzenie, że dla rodziców Matylda jest jak „szpetny strupek”.

„Strupek to coś, z czym trzeba żyć aż do chwili, kiedy można go zerwać i strzepnąć z ciała”.

Biorąc pod uwagę nieżyczliwych ludzi, fatalną sytuację w szkole i domu,  trzeba przyznać, że Matylda daje sobie świetnie radę. Dziewczynka zna swoją wartość, walczy o siebie. A gdy odkrywa w sobie zdolności magiczne, wykorzystuje je niekiedy, by ułatwić sobie życie. Jednak w tym przypadku naprawdę nie ma się co dziwić.


Śledząc fabułę czytelnik ma nadzieję na iście hollywoodzkie zakończenie. Z happyendem, burzą fajerwerkiem. Nic z tych rzeczy. Roald Dahl to rasowy Anglik, z angielskim poczuciem humoru. Zaskakuje, książka jest nieprzewidywalna. Doskonale odsłania ludzkie przywary, śmieje się z nich jednocześnie pokazując bohatera, który świetnie radzi sobie  w okropnych okolicznościach. Niektóre sytuacje są przerysowane, przy niektórych włos się jeży na głowie, niemniej  trzeba przyznać, że Matylda wywołuje silne emocje. Można zobaczyć ludzką naturę w krzywym zwierciadle – nieprzewidywalną i nieokiełznaną. „Matylda” na długo zapada w pamięci.


Matylda nie jest lekturą dla każdego. Nie jest to przykład słodkiej literatury dla małych dzieci. Niektóre sceny, słowa mogą szokować. Na pewno nie zostawiłabym dziecka sam na sam z tą lekturą. Wiele spraw wymaga tu wytłumaczenia, i tłumaczenia zachowania dorosłych występujących w tej książce. Chciałabym podkreślić - tłumaczenia, ale nie usprawiedliwiana. Co ciekawe - patrząc na ocenę tej książki na stronach forów książkowych, księgarń, widać jak skrajne oceny są jej dawane - od maksimum gwiazdek, które świadczą o najwyższym zachwycie, po pojedyncze gwiazdki. Jednym się podoba, innych zniesmacza. Ocenę zostawiam Wam. 

Wiek 8+

Wydawnictwo Znak

wtorek, 16 lutego 2016

Zaintrygowało mnie imię: Strasznowiłka. W oryginale brzmi jeszcze bardziej interesująco: „Groznovilca”. Proszę jednak zachować spokój. Strasznowiłka mimo swojego strrrrasznego temperamentu od samego początku zdobyła moją sympatię.

Kim jest zatem Strasznowiłka? Muszę zacząć od początku…


Cała historia rozpoczyna się w pewną sobotę. Miejsce akcji: Groźny Gąszcz. To właśnie tutaj mieszkają różne zwierzęta i stworzenia mniejsze i większe: niedźwiedź, jeż, sowa, popielica, wiewiórka. Strasznowiłka jest wróżką, które od momentu pojawienia się w Groźnym Gąszczu robi bardzo dużo szumu i zamieszania. I tak już będzie zawsze. Istotka ta, jak tylko gdzieś się pojawia, wzbudza zainteresowanie. Naburmuszona, w sukience i czapeczce z maleńkimi różkami. Bardzo energiczna, nie przebiera w słowach. Aż nie chce się wierzyć, że ktoś tak mały ma w sobie tyle wigoru, by …. kopać, pluć, złorzeczyć. Czasem w dniu codziennym zdarzają się różne dziwy. Zatem gdy tylko zobaczycie nad głową latający czajnik – może to być właśnie Strasznowiłka. Stworzenie to ma coś wspólnego z wiatrami, zakopuje monetę (w książce wyjaśnienie dlaczego), jest bardzo prorodzinna – związana ze wszystkimi ciociami, kuzynami, siostrami, prababkami.


Zachowanie Strasznowiłki gorszy inne stworzenia: na przykład rozczesuje bez pytania jeżem włosy (jakkolwiek to brzmi), włamuje się do cudzej posiadłości. Wszyscy stwierdzają zgodnie, że Strasznowiłce przyda się trochę ogłady.

Nie zdradzę, jak zakończyła się ta historia. Dla dzieci do bardzo pouczająca lekcja tolerancji. W obcym miejscu pojawia się „nowa”. Trudno zaakceptować kogoś tak różnego od siebie, trudno dostosować się do praw panujących i obowiązujących w Groźnym Gąszczu. Dwie strony konfliktu, z których każda uważa, że ma rację.

Strasznowiłka spodobała mi się choćby dlatego, że burzy wszelkie stereotypy bohatera. Jest antybohaterką. Nie ma nic wspólnego z typowym słodziakiem – ułożonym, przykładnym, jakich pełno w książkach dla dzieci. W dodatku – dziewczynka. No proszę Państwa, tego chyba jeszcze nie było. Dzieciom spodoba się świat przyrody, zwłaszcza zwierzęta, które żywo i dużo dyskutują ze sobą, wspólnie szukają wyjścia z trudnej sytuacji.

Książka Jany Bauer została wydana w ramach projektu Nasza mała biblioteka. O projekcie można poczytać tutaj. Dla mnie dużą wartością tego przedsięwzięcia jest to, że dzięki niemu możemy poznać mniej znanych twórców z takich krajów jak Litwa i Słowenia. Książki zostały dobrane bardzo przemyślanie. Nie są to tytuły przypadkowe. To laureatki nagród i wyróżnień. Dla mnie to ciekawe przeżycie, możliwość zobaczenia, co w innej kulturze piszczy. Dodam, że na pewno kulturze – obcej, bo raczej niewiele wiem na temat książki dziecięcej na Litwie czy Słowenii. „Strasznowiłka w Groźnym Gąszczu” była nominowana do nagród: Desetnica, 2012 r. i Večernica, 2012 r., zdobyła odznakę jakości „Złota Gruszka”, 2012 r. W Chorwacji w 2014 r. wpisano ją na listę najlepszych książek dla dzieci.

Wiek 6+

Wydawnictwo Ezop

piątek, 12 lutego 2016

Pewnie znacie już Krzysię. Pisałam o niej kilka razy. Rezolutna dziewczynka, która czyści i poleruje miecze w zbrojowni. Jest przecież Strażniczką Mieczy na Zamku Jutrzenki sir Benedykta. Niedawno ukazała się czwarta część serii traktująca tym razem o turniejowych perypetiach.

Do zamku zjeżdżają się kupcy, tancerze, grajkowie, rycerze i giermkowie. Organizowany jest turniej. Potyczki potyczkami – a przecież wokół tyle się dzieje. I to jest wielka wartość dodana tej opowieści. Z jednej strony dzieci poznają dalsze losy Krzysi i jej przyjaciół, z drugiej zostają wciągnięte w wir turniejowych przygotowań. Śledzą kupców, którzy rozstawiają kramy z wyrobami ze skóry, pysznymi plackami, garnkami, świecami, ziołami. Wszędzie panują krzątanina i gwar gawiedzi.  Dowiadują się, jakie metody leczenia złamań stosowali średniowieczni medycy. Są świadkami stawiania namiotów i budowania trybun dla publiczności. Towarzyszą Krzysi przy czyszczeniu mieczy. Zorganizować turniej nie jest łatwo. Tymczasem dziewczynka marzy o tym, by kiedyś wziąć udział w turnieju. Nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej marzenie za chwilę się spełni. Giermek Edward poturbował się bowiem przy upadku z konia i ktoś musi go zastąpić. Sir Benedykt wyznacza na jego miejsce … Krzysię.

Jak wypadnie dziewczynka podczas turnieju? Czy klacz Bella da się okiełznać? Jak skończy się konflikt z Rufusem, Strażnikiem Łuków?

Zachęcam do podsunięcia tej książki najmłodszym. Duże litery, szeroka interlinia i wciągająca fabuła na pewno nie pozwolą się tak łatwo oderwać od lektury.

Wiek 6+

Wydawnictwo Literówka

czwartek, 11 lutego 2016

kapturek_okladka_150dpi

Któż nie zna Czerwonego Kapturka? To chyba najsłynniejsza baśń – przez jednych uwielbiana, przez drugich odsądzana od czci i wiary. Jako książka chowana przed dziećmi w bibliotecznych czeluściach z powodu okrucieństwa. Choć nie zawsze, bowiem od momentu ukazania się papierowej wersji powstało mnóstwo wersji tej baśni, tak że materiału pewnie wystarczyłoby na grubaśną książkę. Dodam tylko – nowych wersji – i ugładzonych, wydelikaconych, co by dziecięcia nie wystraszyć. Są takie, w których babcia, Czerwony Kapturek i wilk razem ucztują przy stole, są i takie, w których wesoło tańcują w kółeczko obwieszczając światu cukierkowy happyend tej historii. Wypaczają tym samym istotę baśni, która w tym przypadku – obydwu stronom – było nie było - poszkodowanym – uzmysławia starą biblijną maksymę: oko za oko ząb za ząb, albo inaczej: jest działanie – jest i konsekwencja.

Tymczasem znana i ceniona (polska! polska!) ilustratorka wraca do korzeni, czyli do oryginalnego wydania baśni Grimmów z 1812 roku. Tego okrutnego, w którym myśliwy ściąga skórę z grzbietu zwierzaka. Dziewczynka doświadcza spotkania ze złem, ponosi konsekwencję tego, a przestępca zostaje ukarany. Zło jest tu wyraźne i jednoznaczne. Nie ma drogi na skróty.

Joanna Concejo dopowiada do tej historii swoją wersję. Owszem jest odzwierciedlenie tego co w tekście. Jednak Concejo dopowiada to, co niewidoczne dla oka, co się mogło wydarzyć między słowami. Jest baśniowy las, który symbolizuje zagrożenie. Jest czerwona czapeczka, nieodłączny atrybut głównej bohaterki. Tyle że akurat w tym przypadku  ta część garderoby występuje zaledwie na początku historii. Na innych stronach pojawia się dziewczynka w czerwonej sukience i czerwona nić, którą związani są dziewczynka i wilk. Dla mnie to swego rodzaju historia o przeznaczeniu. Czymś nieuchronnym, co często determinuje też nasze życie. O tym że dziewczynka spotka swojego oprawcę – zostało gdzieś zapisane. Ta nić to swego rodzaju fatum – nie jesteś w stanie zrobić nic, nie zmienisz swego przeznaczenia, a to, że Czerwony Kapturek skręcił właśnie w lewo, a nie w prawo, zostało przesądzone już dawno temu. I żadna ze stron nie może tego zmienić. Czerwień rozświetlająca szarości i czerń ołówka symbolizuje w końcu i miłość. Ale czy można mówić tu w tej historii o miłości? Ilustratorka daje czytelnikowi szansę opowiedzenia swojej własnej historii. Zaplątane cielsko wilka w czerwoną nić, zabawa skoki w worku – to wszystko można interpretować w różnoraki sposób. Dojrzały czytelnik doszukuje się swego rodzaju symboliki obrazów, docieka znaczenia nici, czerwieni. Idzie swoim tropem opierając się na życiowych własnych doświadczeniach. Inaczej dziecko, które często chodzi takimi ścieżkami, o jakich dorosłemu się nie śniło. Concejo wyzbywa się tu łatki ilustratora wszechwiedzącego – dając wolną rękę dziecku. Nawet go nie prowadzi. Zostawia świadomie swoje niedopowiedzenia, fragmenty obrazów, wymuszając na małym czytelniku niejako swoją wizję tamtego świata. Nie podaje gotowych obrazów na okrutny koniec. To, co dziecko jest w stanie sobie wyobrazić – należy tylko do niego. Ilustratorka szanuje delikatność dziecka dając mu szanse do tworzenia pewnych obrazów wewnątrz siebie.

Książka ma duży format i jest niesamowita. Historia, której na pewno długo się nie zapomni. Może nawet ważna nauka – akurat w tym przypadku – bardziej opowiedziana ołówkiem i kredką niż moralizatorskim słowem. Ilustratorka pięknie wplotła w swoje prace motywy haftów ludowych. W jednym z wywiadów opowiadała, jak się bawiła nitkami przy wyszywającej cioci.

Wiek 8+

Wydawnictwo Tako

środa, 10 lutego 2016

Z tą książką będą mi się wiązały miłe wspomnienia, bowiem  została mi głośno przeczytana przez mojego młodszego syna Mikołaja. Matka krzątała się tu i tam – dziecko czytało.  „Zaczarowana zagroda”  jest lekturą w II klasie szkoły podstawowej i trzeba było się przygotować do lekcji. Trochę się bałam tego samodzielnego czytania, ponieważ książka nie jest wydawniczą śnieżynką. Inaczej też czyta się „zwykłą” książkę, inaczej na pewno lekturę. Przy tej drugiej należy zapamiętać różne niuanse, bo pani może zapyta, może coś pojawi się w teście. Jednym słowem należy być bardziej skoncentrowanym.

 „Zaczarowana zagroda” po raz pierwszy została wydana w 1963 roku. Wiadomo – inna rzeczywistość, trochę inny język. Ale obawy niepotrzebne – dziecko poradziło sobie doskonale, miało mnóstwo pytań, spostrzeżeń, historia go zaciekawiła. Książka opowiada o pracy badaczy polarnych na Antarktydzie w polskiej stacji badawczej im. Antoniego Bolesława Dobrowolskiego – dziś już nieczynnej (od 1979 roku jest już nieużytkowana – więcej wiadomości o niej tutaj).  Naukowcy chcą zobaczyć, jaką drogę pokonują pingwiny, gdzie spędzają zimę. Profesor wpada na pomysł, by zwierzęta oznaczyć. W tym celu naukowcy zaganiają ptaki do zagrody. Jednak zwierzęta okazują się dużo sprytniejsze niż mogłoby się wydawać. Jak zakończył się eksperyment, jak wyglądał zwykły dzień w stacji na krańcu Ziemi, w końcu jak wyglądał życie na zimnym kontynencie? – o tym doczytacie już sami.

Książka została na nowo zilustrowana przez Agnieszkę Żelewską.  Dodała dużo pozytywnej energii tej niepozornej cieniutkiej lekturce. Na pewno j stała się bardziej widoczna. Wcześniejsze wydania były niepozorne, skromne.

-"Mamo, w klasie trzy osoby mają takie wydanie jak ja." – Proszę, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Dziecko podgląda książki innych. A dobrze!

Wiek 8+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

wtorek, 09 lutego 2016

Był piękny dzień lipcowy. Pachniało wokoło zielem, truskawkami, miodem i różnymi kwiatami.

Siedziałam sobie na wsi na ławeczce i patrzyłam, jak z boku, na zielonej trawce, wiatr rozdmuchiwał dmuchawce.

A było bardzo ciekawie patrzeć, jak to robił.

-Wiuuu – dmuchnął raz lekko i już jednemu, drugiemu i piątemu dmuchawcowi spadał z głowy puszek wydmuszek, srebrny, zwiewny kapelusik.


Dla mnie to kultowy początek. O takiej wartości jak co dla niektórych: „Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong”*. Nasza rodzinna książka dzieciństwa. Nie wiedzieć czemu prawa do jej posiadania przypadły mojej starszej siostrze Kasi. Co my się o tę książkę nakłóciłyśmy, ile ją sobie z rąk nawyrywałyśmy. Taaak – bo były takie czasy, gdy dzieciaki sobie wyrywały nie tablety i komórki, ale książki właśnie.


Opowieść o krasnalu Hałabale, który mieszka w lesie, na głowie ma kasztankową czapeczkę, zimą futereczko krecie. Krasnal pomieszkuje w lesie (całe dzieciństwo wierzyłam, że w moim, niedaleko domu), ma mnóstwo przyjaciół – i co rusz przeżywa jakieś przygody i troski codzienności. Nam się wydają te troski takie „krasnalkowe” i „małe” właśnie, ale Hałabale sen z oczu spędzają: a to goście nie dotarli na spotkanie mimo obietnic, a to z borsukiem trudno się wybrać na wspólny spacer, to znów trzeba pomóc wiewiórce odnaleźć orzechowe kryjówki. Hałabała pomaga, doradza.


Książka jest miłym wspomnieniem dla rodziców i nadal atrakcyjną lekturą dla najmłodszych – mimo swojego wieku. Aż trudno uwierzyć, że za lat 20 będzie obchodziła 100-urodziny – w 2036:)


Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

*-„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen

 

niedziela, 07 lutego 2016

„Tajemnice dawnych cywilizacji” to lektura dla młodych historyków. Kompendium wiedzy, wzbogacone o liczne ilustracje, pełne konkretnych informacji, ale i historycznych smaczków w postaci ciekawostek, plotek. Nie brak tu tematów trudnych, ale i pełnych humoru – ot, zwykłe a zarazem niezwykłe życie codzienne na przestrzeni wieków – w pigułce. Informacje bowiem na dany temat są krótkie, rzeczowe i zwięzłe. Nie odbiegają od tematu, nie zawierają dygresji. Każda rozkładówka to kolejne zagadnienie, czasem oddalone o wiele lat od je poprzedzającego. Zawsze jest krótki wstęp – zaznaczony charakterystycznymi większymi literami, następnie wybrane zagadnienia. Każdy nowy temat zawiera również małą ramkę: „Czy wiesz, że …?” Zazwyczaj są to pojedyncze ramki, lecz zdarzają się strony, na których można znaleźć również dwa przykłady. Strony są wypełnione barwnymi ilustracjami – mają one realistyczny charakter jak również są i żartobliwe rysunki przedstawiające sceny rodzajowe z życia współczesnych. Tematyka obejmuje prehistorię, Egipt, Grecje, Rzym, cywilizacje Ameryki, barbarzyńców i wikingów, zamki i rycerzy, podróżników i odkrywców. Jak wyglądało życie pozagrobowe według starożytnych Egipcjan, czy archeologom udalo się odnaleźć pozostałości greckich statków, co to były triumfy i ile ich było w starożytnym Rzymie, dlaczego Cortes kazał spalić hiszpańskie statki, jak długo trwała budowa średniowiecznego zamku? To tylko kilka wybranych zagadnień. Każdy dział jest oczywiście bardzo rozbudowany. Książka może rozwijać zainteresowania historyczne małych dzieci, jak i służyć jako pomoc w nauce szkolnej.

Książka jest starannie wydana, w twardej oprawie. Cena według mnie baaardzo atrakcyjna.

Wiek 10+

Wydawnictwo Jedność

 

sobota, 06 lutego 2016

Siódma część „Kronik Wardstone”. Siódmy syn siódmego syna – Tom, od trzech lat praktykuje u Stracharza. Niewtajemniczonym pokrótce wyjaśnię, że Stracharz walczy ze złem i mrokiem, różnego rodzaju potworami, czarownicami i boginami. Właśnie razem ze swoim uczniem wrócili z Grecji. Zmierzają w kierunku Chipenden. W Hrabstwie akurat trwa wojna. Niestety, domostwo Stracharza zostało doszczętnie zniszczone, bogin uciekł, księgi spalone na popiół, a najgroźniejsza czarownica Koścista Lizzie – uwolniona. Niedawno wybiła jej czterdziestka, a ten wiek dla czarownicy oznacza wielkie możliwości i moc. Stracharz z Tomem i Alice uciekają na wyspę Monę, która niezbyt gościnnie traktuje uciekinierów z Hrabstwa. Zwłaszcza tych, którzy parają się czarami i walką z czarownicami.

Kolejna część „Kronik” nadal trzyma w napięciu. Znów zmienia się scenografia. Po wyprawie do Grecji Stracharz z uczniem muszą szukać schronienia w innych okolicach. Zło nie odpuszcza – Alice i Tom ciągle muszą być w pobliżu siebie, związani przymierzem krwi. Zły czai się na ich dusze, Koścista Lizzy koniecznie pragnie zemsty za lata upokorzeń i niewoli w dole.

W tej części oczywiście jak zwykle roi się od przygód i niebezpieczeństw. Kto zna tę serię specjalnych zachęt z mojej strony nie potrzebuje. Mnie natomiast niesamowicie ciekawiła relacja Alice z Kościstą Lizzie, gdyż czarownica jest jej matką. Od samego początku nie opuszczała mnie myśl – jak zachowa się dziewczyna – co weźmie górę: więzy krwi, czy może przyjaźń, która od dawna łączy Toma i piękną dziewczynę? Dodam – co ważne – przyjaźń – wystawiana niejednokrotnie na próbę. Znów pozostał niedosyt i znaki zapytania. Ciekawe, co w ósmej części?

Wiek 11+

Wydawnictwo Jaguar

 

piątek, 05 lutego 2016

Lubię książki z historią. Czasem niby niepozorne, zapomniane na długie lata – pojawiają się dzięki przypadkowi, ludzkiej ciekawości i uporowi - już jako dojrzałe panie, z charakterem, „tym czymś”, czego bliżej określić nie sposób. To się nabywa, z wiekiem – a Kocia książka, która powstała przy współudziale Jarosława Iwaszkiewicza - jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku, i jego dwóch córek: Marysi (8 lat) i Teresy (4 lata)- niewątpliwie „to coś” posiada.

Osiemdziesiątka to wiek nobliwy i … zobowiązujący. Choć trzeba przyznać, że niepozorna książeczka – rękopis właściwie, skreślony w jednym egzemplarzu eleganckim kaligraficznym pismem ojca i nieśmiałymi próbami ilustracyjnymi i graficznymi dwóch dziewczynek, ma w sobie właśnie … dziecko. Schowana w jednej z dziesiątek nie rzucających się w oczy teczek w  stawiskim archiwum. Staroświecki zeszyt zapomniany przez badaczy literatury, ba, samych autorów, został odkryty przypadkiem niedawno. Ręce Anny Król sięgnęły po tę właściwą teczkę. Jest to wydarzenie, bowiem Jarosław Iwaszkiewicz nigdy nie napisał żadnej książki dla dzieci i nigdy nie napisał niczego razem ze swoimi córkami. Historia, jaka mogłaby powstać w wielu domach – gdzie tylko istnieje przyjazny klimat i dobre chęci do pisemnego „zapamiętywania” podobnych rodzinnych historii i opowieści.

 Kotka Bukasia towarzyszyła rodzinie Iwaszkiewiczów podczas ich pobytu na placówce w Kopenhadze. Rezolutna panna psotnicka dawała się nieźle we znaki wszystkim, ale wszyscy ją uwielbiali. Chodziła swoimi drogami – bo kot to w końcu kot – ale i brała udział w życiu chlebodawców. Kiedy nadchodziła pora rozstań – a to z powodu wyjazdów w okresie letnim, a to z powodu choroby Anny Iwaszkiewiczowej, ojciec pisał do córek listy, których rzekomą autorką była oczywiście kotka. Ta ręką pisarza wyrażała swoją tęsknotę za panienkami, wspominała wspólny czas i zdawała relację  z tego, jak upływa jej życie – bez dziewczynek. A to trzeba było pogonić bąka z pokoju, a to rozedrzeć torbę z piaskiem. Nic to, że woda wylana, dokumenty i fotografie pomoczone. Iwaszkiewicz niby zły na kocię, ale jednocześnie dumny z jej mądrości, sztuczek i zabaw.

Książka ta na pewno jest niezwykłą pamiątką rodzinną ukazującą codzienność  rodziny pisarza. Nobliwy pan, który skromnie przemknął w „Pannach z Wilka” Wajdy daje się tu poznać jako troskliwy ojciec swoich dwóch córek. Kocie wierszyki to pewnie swego rodzaju powiedzonka rodzinne, które tworzą rodzinny klimat. Kod, który rozumie się od razu. Pięknie opisuje to Anna Król we wstępie cytując Marię, córkę pisarza, która po latach mogła zobaczyć „ich książkę” w nowej szacie. Tu trzeba pokręcić głową, tu tak i tak przeczytać. Oj wiele – podobnych historii w naszych rodzinach – trzeba je tylko spisać, do czego ciepło namawiają osoby, które zatroszczyły się o wydanie tej książki.

Całość wydana z wielką starannością – ze starymi, domowymi ilustracjami rodziny Iwaszkiewiczów i nowymi narysowanymi przez  Alicję Rosé.

Książka dla dzieci, rodziców, miłośników literatury Iwaszkiewicza jako swego rodzaju „literacka sensacja i perełka w jednym” i dla wielbicieli …. kotów oczywiście.

Wiek 4+

Oficyna Wydawnicza Wilk & Król

środa, 03 lutego 2016

 

Książki Niemirskiego niebezpiecznie wciągają. Przeznaczone zdecydowanie dla młodszego czytelnika, potrafią zainteresować również dorosłych. Gdzie tkwi tajemnica tego sukcesu? O przepis pewnie trzeba by zapytać samego autora, który od dłuższego już czasu konsekwentnie tworzy dalszy ciąg Pana Samochodzika. W tym temacie mogę odnieść się jedynie do moich doświadczeń i wrażeń. To doskonała przygoda, pełna niefortunnych zdarzeń ale i humoru, gaf, niewygód, trudów, niebezpieczeństw, czarnych charakterów i tajemnic.

Bliski jest mi przede wszystkim „Testament Bibliofila”, którego akcja toczy się we współczesnym podpoznańskim Kórniku. To miejscowość znana mi z rodzinnych i klasowych wycieczek, zawodów triathlonowych, w których dopingujemy tacie i mężowi (w jednej osobie). Arboretum, zamek z Białą Damą, jezioro. Wiele  miejsc opisanych przez Niemirskiego jest nam dobrze znanych, namacalnych, przez nas odwiedzanych. Jeśli nie byliście – naprawdę polecam. Sama książka jest ciekawą formą promocji miasteczka i zamku z fosą – wypełnioną wodą. Zresztą o Kórniku, jego dziejach, a zwłaszcza o perełce tego miasteczka – rezydencji historycznej rodów Górków i Działyńskich, naprawdę wiele dowiecie się z lektury. Autor bardzo sprawnie wplata prawdziwe i konkretne informacje w fabułę. Bez nich ani rusz. Stanowią ciekawe wyjaśnienia tłumaczące działania bohaterów, pomagają wiązać i wyjaśniać wątki. Nie są sztucznymi i oderwanymi elementami. Dobrze zazębiają się z całością, a konkretnie z losami rodziny miłośnika książek: Emanuela Karskiego, który zadał sobie trudu i przygotował dla swoich dorosłych dzieci tajemnicę do odgadnięcia. To warunek, by zostać spadkobiercą. Wygodni i próżni młodzi ludzie, zresztą bardzo poróżnieni ze sobą, idą na łatwiznę i wynajmują do tego typu zdania specjalistów. Jednym z nich jest Barber, starszy pan, który nie ma nic wspólnego z przebojowymi śledczymi znanymi z gangsterskich seriali. Barber ma swój styl, nie może czasem odnaleźć się w nowinkach technicznych współczesnego świata, ale od czego ma się pomocników – jak choćby takiego piętnastolatka – rezolutnego Omnibusa, chłopaka po przejściach, z problemami. Do tej dwójki od samego początku poczułam dużo sympatii i  trzymałam kciuki za ich „rodzinne” śledztwo. "Czterech spadkobierców. Trzy zagadki. Jeden skarb" - czytamy na okładce. A wszystko to znajdziecie w tej oto książce. 

Wiek 12+

Wydawnictwo Skrzat

wtorek, 02 lutego 2016

Klasyka dla maluchów - o spełnionych marzeniach, bezinteresownym czynieniu dobra dla innych. Mały Wojtek chce zostać strażakiem, jednak jego prośba wywołuje tylko uśmiech na twarzy komendanta straży- ni krzty zrozumienia. Ma zgłosić się za lat kilka, gdy zmieni się z Wojtusia w Wojciecha. Gdy pewnego dnia piorun uderza w zagrodę wiejską, Wojtek bije na alarm i wynosi z płomieni małego Heniutka. Po tym zdarzeniu- chłopiec zostaje strażakiem.


Ulubiona książka małych chłopców – już od pokoleń. Ci często się nie mogą zdecydować,  kim zostać w przyszłości: strażakiem, rycerzem, czy może ... opiekunem dinozaurów(!). Wszystko zależy od tego, jaka książka jest akurat na topie:)

A wracając do omawianej lektury – na domowej półce inne wydanie Wojtka, ale z ilustracjami Dariusz Żejmy. Tam na ilustracjach – jakaś zawierucha i mentlik, by nie powiedzieć bałagan.

Całość zlewa się dziwnie – nie robi dobrego wrażenia. Tu wszystko poukładane jak w klasycznych dawnych książkach. Mnie osobiście – bliżej właśnie do takiego świata przedstawionego. W końcu to Marianna Sztyma – jedna z moich ulubionych ilustratorek, która łączy nowe ze starym – jak lubię.


Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

poniedziałek, 01 lutego 2016

 

Chłopców fascynuje świat aut, maszyn, napraw i budów. Mogą oni godzinami obserwować, przyglądać się, komentować, opowiadać. Później te obserwacje przekładają się na zabawę – co rusz z różnych kątów w domu, mieszkaniu słychać wytwarzane przez maluchy dźwięki naśladujące pracę maszyn: koparek, buldożerów, samochodów z jedną rurą i dwiema (ten głośniejszy).

Dwa najnowsze tytuły z serii „Mały chłopiec” pewnie przypadną do gustu takim zapalonym miłośnikom motoryzacji:

„Poznaj stację i warsztat Maurycego” i „Poznaj maszyny budowlane z Borysem”.


W pierwszej z nich główny bohater Maurycy prowadzi stację benzynową i warsztat samochodowy. W drugiej Borys oprowadza po placu budowy. Maluchy poznają te miejsca, charakterystyczne przedmioty i urządzenia. W ten sposób zaspakajają swoją ciekawość, uczą się nowego i charakterystycznego dla tych miejsc słownictwa: butle z gazem, holownik, szczotki w myjni, wulkanizacja. W drugiej części pojawiają się maszyny i urządzenia rozbiórkowe: koparkoładowarka, młot pneumatyczny, dźwig, ciężarówka, stabilizatory, pompa do betonu, buldożer. Każda rozkładówka to krótka prezentacja danego miejsca: „Oto…”. I zabawa: „Poszukaj i wskaż”. Dzieci ćwiczą spostrzegawczość, sprawdzają, czy rozumieją dany wyraz.

Książki mają większy format, ilustracje są ładne, kolorowe i wyraźne, pełne szczegółów. Kartonowe kartki na pewno wytrzymają częsty kontakt z małymi rączkami. Z własnego podwórka wiem, że takie książeczki są oglądane tam i z powrotem przez najmłodszych miłośników motoryzacji. Na końcu każdej z książek mały test: co zapamiętały dzieci. Czy wskażą prawidłowo dźwig Darka, buldożer, maszynę z młotem pneumatycznym, walec drogowy, koparkoładowarkę, walec oraz betoniarkę? A w drugiej części: Artura tankującego auto, holownik ciągnący popsuty samochód, Artura myjącego auto i Maurycego, który wyważa koła?

Wiek 2+

Wydawnictwo Olesiejuk