Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
poniedziałek, 27 lutego 2012

Ta część serii Biura Detektywistycznego Lassego i Mai nas zaskoczyła. Do tej pory czarno białe ilustracje – z wyjątkiem kolorowej okładki. Teraz: w tonacji czarno – szarej – czerwono – różowo. A okładka iście walentynkowa – w tych samych kolorach, brokatowy tytuł i malutkie błyszczące serduszka. Miłości nigdy dosyć:) - o czym przekonali się bohaterowie książki. Myślę, że Lassego i Mai nie trzeba specjalnie przedstawiać: dwójka rezolutnych dzieciaków prowadzi swoje Biuro Detektywistyczne w małym szwedzkim miasteczku Valleby. To tutaj odbywa się wielkie święto miłości. Wszyscy się przytulają, całują (nawet Maja pocałowała Lassego) – a za każdego całusa miejscowy bogacz Muhammed Karat (znacie go z pierwszej części) płaci 5 koron. Imprezę uatrakcyjnia konkurs tańca. Pojawiają się nowi bohaterowie, giną złoty naszyjnik i pieniądze, które całe miasteczko zbierało na biedne dzieci. Jak zwykle emocji jest mnóstwo, dzieci powoli idą tropem przestępcy, a czytelnicy próbują sami rozwikłać zagadkę. Kim jest sprawca? - tym razem historia nas naprawdę zaskoczyła. W ogóle nie podejrzewaliśmy ….ups – trzeba się ugryźć w język, by nie popsuć Wam przyjemności czytania.

Krótkie rozdziały, duże litery, dobra zabawa, własne śledztwo i typowanie sprawcy – już po raz kolejny przekonaliśmy się, że Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai to dobra zabawa dla całej rodziny.

 

A tutaj widać zaangażowanie 7 – letniego czytelnika w rozwiązanie zagadki.  


 

Tutaj można zajrzeć do środka książki

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki



niedziela, 26 lutego 2012

Im częściej czytam Żabkę dzieciom – tym bardziej jestem zachwycona – jej prostotą, ilustracjami, nauką, jaka płynie z każdej części – wyrażona między słowami – do której mały czytelnik musi dojść sam. Nie ma tutaj nadętego moralizatorstwa – czegoś w rodzaju: musisz, trzeba, należy, zawsze itd. Żabka uczy się świata obserwując, rozmawiając – a że czasem boli – tego zarówno Żabka jak i maluchy mogą doświadczyć na własnej skórze. Za każdym razem przekonuję się o tym, widząc minę mojego małego Mikołaja, gdy nadchodzi czas, gdy …. – o tym za chwilę.

Ale od początku: Żabka pewnego dnia znajduje małego misia o koralikowych oczach. Zabiera go do domu i opiekuje się z nim. Misiek – z początku jakby trochę nieufny, nie umie mówić. Żabka rozmawia z nim, karmi, przytula. Aż nadchodzi dzień, kiedy Miś przemawia. Jednak Misiek tęskni za swoim domu. Postanawia opuścić Żabkę i powrócić w rodzinne strony…. I tu nadchodzi czas na podkówkę mojego Mikołaja (choć doskonale zna happyend tej historii:) - jego oczy wilgotnieją – i za sprawą książki przeżywa poczucie straty kogoś bliskiego, podobnie jak bohaterka. Bo Żabka to emocje – jej radość udziela się wszystkim, podobnie jak smutki, rozczarowanie, wątpliwości, niedowartościowanie. Velthuijs chyba użył czarów – by tak łatwo trafić do najmłodszych. A może to tylko niezwykła prostota tekstu i ilustracji? Może dobór tematów – tych, które są nieodłącznym elementem naszego życia? Żabka ma problemy podobne do naszych dzieci – wątpi w swój urok i umiejętności, czuje respekt przed nieznanym, chce mieć przyjaciela. Tak łatwo się z nią utożsamić, tym bardziej, że i ona ma pod górkę i wcale niełatwo znajduje rozwiązania.  Nie ma tu czarodziejskiej różdżki – za sprawą której wszystko się zmienia od razu na dobre.

 

W Polsce do tej pory ukazały się trzy części z całej (chyba) 12-tomowej (trochę za dużo powiedziane:)) serii. Jest szansa, że Wydawnictwo wróci do Żabki – wiem z pewnego źródła. To bardzo dobra wiadomość.

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Wilga



sobota, 25 lutego 2012

Ferenc B. Regos - ilustracje

Heike Ossenkop - fotografie

Coś mi się wydaję, że na książce Uwaga, budowa! ma szansę wychować się nowe pokolenie architektów. Niedawno sama przechodziłam z całą moją rodziną przez ten ważny życiowy etap – jakim jest właśnie budowa domu.  Lubiłam podpatrywać zachwyt dzieci, które budowały te domy ze swoimi rodzicami. Bez podziałów – na chłopców i dziewczynki. Te czasy dawno już minęły – gdy pewne sprawy były przeznaczone tylko dla (przepraszam) brzydszej płci. Błysk w oku na widok samochodu – betoniarki, czy dodatkowy transport cegieł – był u dziewczynek i chłopców taki sam – budowa budzi emocje – u małych i dużych – i pewnie dlatego książki o takiej tematyce będą zawsze na fali – jak długo ludzie będą chcieli budować. A powstają coraz to ciekawsze i piękniejsze rozwiązania architektoniczne. Wyobraźnia może naprawdę zaszaleć.

Książka ma swoją historię – oto rodzice małego Marka zamierzają wybudować dom – od podstaw, od fundamentów. Budowę prowadzi wujek Zbyszek – architekt, który solennie obiecał Markowi, że po szkole będzie mógł przychodzić na plac budowy i obserwować jak się mury pną do góry. Dzieci razem z Markiem przechodzą przez wszystkie etapy budowy domu, przygotowania terenu pod budowę – łącznie z rozbiórką starej stacji benzynowej, rysowaniu projektu. A potem już od ziemi w górę – piwnica, strop, budowa murów, dach, prace wewnątrz, podłogi, schody, fasada domu i ogród. W końcu nadchodzi ten moment, kiedy rodzina Marka może się wreszcie wprowadzić do swego wyśnionego i wymarzonego domu. Chłopiec obserwuje, siedzi w ciężarówce, pomaga przy czyszczeniu betoniarki, wspina się na rusztowanie, rysuje po surowych nieotynkowanych ścianach, bawi się klepkami parkietu, kopie ziemię w przydomowym ogrodzie. Gdzie może, tam pomaga – choć czasem traci głowę i zapomina o zasadach bezpieczeństwa. O tym przypominają mu dorośli. Moje dzieci czytając o udziale Marka w budowaniu czasem wzdychali A jak tak nie mogłem – pewnie, po rusztowaniu nie musiałam ich na szczęście gonić, ale swoje przeżyliśmy: jeśli się zwykło mówić, że są dzieci czyste i szczęśliwe – to moje z pewnością mają szczęśliwe dzieciństwo, a podczas etapu budowy …. to hm hm cud, że pralka dała radę. Zresztą ekipa czeka tylko na przywiezienie ziemi do ogrodu na dniach – i pewnie znów będzie się działo. Oj książka zainspirowała obu chłopaków.

Autorzy bardzo poważnie potraktowali małych czytelników – znajdą tu oni oryginalne szkice, projekty, wizualizacje, przybory kreślarskie, narzędzia do pracy, fragmenty instalacji, schematy, materiały budowlane. Każda strona to zagięta zakładka, którą wystarczy tylko otworzyć, by odkryć kolejny etap budowy. Nie pominięto tematu kosztów – wiadomo budowa w każdym kraju to wyzwanie. Książka pokazuje dzieciom, że marzenia można realizować, a budowa domu – zadanie niełatwe - jest możliwe i można się tego nauczyć.

Nie obyło się jednak bez wątpliwości – z mojej strony i strony dzieci. Z mojej strony – to kwestia ekologiczna – brakowało mi rozwinięcia tematu. Na miejscu budowy kiedyś była stacja paliw. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na budowę akurat w takim miejscu – a potem jeszcze ogród. Mam nadzieję, że tylko ozdobny. Chłopiec nie pisze o warzywach, ale będą wiśnia i śliwa. Jak poradzono sobie z tym tematem? Trochę się dziwię, że właśnie Niemcy, tak bardzo eko, nie podjęli wyzwania, a to pewnie uatrakcyjniłoby książkę.

Ze strony dzieci – kwestia samego budynku. Bo sąsiednie budynki mają dachy spadziste a dom Marka - prosty. Czy tak można? Nie wiem, bo się nie znam – pewnie wszystko można – ale prawdę powiedziawszy sama jestem ciekawa odpowiedzi.

Książka podoba się i często do niej zaglądamy. Na pewno inspiruje do swoich projektów i szkiców. A te są naprawdę ciekawe.

Uwaga, budowa! była nominowana do prestiżowej nagrody literackiej Deutscher Jugendliteraturpreis.

Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

 



piątek, 24 lutego 2012

Po naszym domowym sukcesie bożonarodzeniowej powieści o Świętym Mikołaju polujemy na książki Funke, by sprawdzić czy trzyma poziom:)) Wczoraj z biblioteki przynieśliśmy Piracką świnkę. Przeczytaliśmy ją w pół godziny pomiędzy kolacją a dobranocką. Sympatyczna historia dla miłośników morskich klimatów. Na Wyspie Motyli żyje sobie para przyjaciół: kapitan Sven i chłopiec okrętowy Pit. Ta dwójka zajmuje się transportem międzywyspowym. Pewnego dnia na plaży znajdują małą beczkę, a  w niej … świnię Julę, która nie jest wcale zwykłą świnią. To piracka świnka – Jula potrafi, będąc na morzu, wyczuć, gdzie trzeba zarzucić sieci, by złowić … (uwaga) …. skarby. Ciąg dalszy można przewidzieć: pojawiają się piraci, uprowadzają świnkę, a Sven i Pit planują akcję odbicia przyjaciółki. Książka ma klimacik – wyspa, morze szumi, wieje wiatr, w knajpie Pod Spragnionym Dorszem tętni marynarskie życie. Bohaterowie czasem nie przebierają w słowach ale – zamiast niecenzuralnych słów – używają … nazw mało znanych ryb. Bo założę się, że większość z nas zna śledzia, dorsza, mintaja. Ale brzeszczotka, miękławkę, pyszczaka grubowargiego czy ślepczyka jaskiniowego – to już na pewno nie. 

Tutaj przykłady niepohamowanych emocji – przyznacie, że i autorka i tłumacz (Ryszard Wojnakowski) zrobili to z klasą i wdziękiem:)

- Na czerwieniaka dwuplamego i gorbuza!

Albo:

- Miałeś trzymać straż, ty łysa śluzico.

Albo:

-Na psiego rekinka i stynkę małoustą!

 

Ciekawa historia z happyendem - choć było niebezpiecznie i maluchy brały się za obgryzanie paznokci. Nic to - piracka świnka wybrnęła z tarapatów – co zostało uwiecznione na fajnych ilustracjach Kerstin Meyer. Szczególnie sceny nocne przypadły nam do gustu – gra światła i refleksy na wodzie.

 

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

 



czwartek, 23 lutego 2012

Jeśli znudziły was już te wszystkie wampiry, boginy, stracharze, harpie i inne wynalazki świata fantasy – zachęcam do sięgnięcia po coś bardziej życiowego. Literatura konsekwentnie – trochę pod włos panującym modom w świecie literatury współczesnej na różne dziwolągi z Europy Zachodniej, Australii i zza Oceanu – wznawia sobie, jak gdyby nigdy nic, starego i sprawdzonego Bahdaja. Ktoś powie – a wiek tego całego Telemacha? Nie, nie tego mitycznego – syna Penelopy i Odyseusza, małego chłopca, równolatka wojny trojańskiej, świadka wydarzeń, który wraz z matką - z utęsknieniem i z chłopięcym uporem wpatrywał się w morze i wypatrywał ojca, który przepadł na długie lata gdzieś tam w dalekim świecie. Tego Telemacha Bahdajowego – naszego zwykłego Maćka, bez ojca, który go nie chciał. Bo czy współczesny nastolatek znajdzie coś dla siebie w książce, którą czytali jego rodzice? (Pierwsze wydanie rok 1982 – równe trzydzieści lat temu).Toż to całe pokolenie. Biorąc pod uwagę wszystkie cuda techniki, gadżetomanię – istna przepaść. Nawet ja zastanawiałam się – gdy Maciek porządkował w pokoju bajzel nowego kuzyna Krzyśka – czy aby na pewno pamiętam radio Jowita? Płyty analogowe – oczywiście, i zachwyt Krzyśka Santaną też podzielam. W starej nowej książce Bahdaja odkryć można to, czego brak  w tych wszystkich nowościach zalewających półki księgarskie: zwykłe życie młodego chłopaka – wprawdzie w peerlowskiej codzienności  - ale za to normalne, bez żadnych wróżek, cudów i czarów. Szare, czasem aż do bólu. I nie oszukujmy się – żadnego cudu nie będzie – jak nie dasz w gębę, nie odpyskujesz, nie zaklniesz, o swoje nie zawalczysz – sam po dupie dostaniesz. Pewnie jak w życiu. No to w końcu – Telemach – tyle że w dżinsach, bez swojego kąta na świecie. Maciek – zdążył poznać już smak tego prawdziwego życia. Bez miodu i lukru. Osierocony przez matkę, wychowywany potem przez ciotkę. Po nieszczęśliwym pożarze, Maciek Łańko znów – samotny bez bliskich, trafia do internatu szkoły zawodowej. Tutaj pewnego dnia pojawia się stryj. Informuje chłopca, że wraz z nową, dopiero co poślubioną żoną, postanowili wziąć go – sierotę, do siebie. Chłopiec zjawia się w świecie, jakiego do tej pory nie znał  – bogatym, wygodnym, przestrzennym (ach ten pokój tylko we dwójkę z Krzyśkiem) i sytym. Jest tylko jeden warunek – nic w końcu za darmo – to też kolejna prawda o życiu – Maciek nie przypadkiem zjawił się w dostatniej willi nowej ciotki. Ma misję do spełnienia – on, człowiek dobrze wychowany, oczytany, dobry, honorowy – ma zmienić łobuza Krzyśka – fałszywca, mazgaja, kłamcę i oszusta w idealnego młodego mężczyznę. Wkrótce Maciek będzie musiał stawić czoła całej Krzyśkowej szajce miejscowych mętów z nijakim Szajbą na czele. Telemach wiele razy pyta sam siebie – Jak tu żyć. Ma wątpliwości, marzenia, nie wie czy sobie poradzi, walczy z przeciwnościami i ma chwilę słabości. Zna uczucie obcości, odrzucenia, ale jednocześnie zna wartość przyjaźni, męskiej umowy, danego słowa. Wcale nie superman – zwykły nastolatek – czy spodoba się współczesnym? Myślę, że warto spróbować – choć nie ukrywam – ideały i przepis na życie młodego człowieka rzadko dziś znajdują poklask. Szukać szczęścia w Bieszczadach? Przecież dziś wielu – którzy osiągnęli sukces, spełnionych, zmęczonych, wyeksploatowanych, wyciśniętych przez wielkie korporacje jak cytryna ze wszystkich soków szuka szczęścia i wytchnienia gdzieś na końcu świata, w dziczy, w przyrodzie.

Gdzie twój dom, Telemachu? jest kontynuacją powieści Telemach w dżinsach - co ciekawe ten drugi tytuł dopisany został później. Odkrywa wiele z życia Maćka, dlatego warto najpierw sięgnąć po dżinsową część.  

Wiek 15+

Wydawnictwo Literatura

 



środa, 22 lutego 2012

Wieczorynki z kotem Miśkiem to literackie miniaturki do czytania najmłodszym przed snem . Maluchy przepadają za tym puszystym, pręgowanym zwierzakiem – i pewnie polubią naszego dachowca i jego przygody. Znajdziecie tu aż 29 krótkich wieczorynek. Czytamy je po kolei – gdyż całość składa się na jedną długą historię …. kociej miłości.

A wszystko zaczęło się na dachu pewnego domu – bowiem Misiek uwielbiał przechadzać się po dachach. Zmęczony zabawą ze zgubionym przez Kominiarza Guzikiem zwinął się w kłębek i zaczął śnić – po kociemu – a we śnie pojawiła się tajemnicza ruda koteczka ze złotymi ślepkami i czarną plamką koło nosa. Misiek zakochał się w niej i wyruszył w długą podróż, by ją odnaleźć. Gdzież on nie był, kogóż nie spotkał, czego nie przeżył. Razem z Miśkiem maluchy podróżują statkiem, łodzią podwodną, samolotem, stają oko w oko z krokodylem, Czarownikiem, wielorybem, piratami. Czasem niebezpieczeństwo zagląda Miśkowi w oczy. A wtedy kocio zaciska mocno ślepia i mruczy: Żegnaj, koteczko nieodnaleziona.  Z wieczorynek odczytujemy starą prawdę, że czasem szukamy czegoś lub kogoś daleko, co jest w rzeczywistości bardzo blisko. Wystarczy się tylko rozejrzeć….

Zabawne i ciepłe historie, akurat na dobry sen, nastrojowo zilustrowane przez Iwonę Całę.


 

Wiek 3+

 

Wydawnictwo Literatura

poniedziałek, 20 lutego 2012

Lubię pisać o książkach, które udowadniają w przyjemny sposób, że historia wcale nie jest nudna. Bo samo przekonywanie (a ja od dawien dawna wiem, że ta dziedzina jest wręcz pasjonująca) – tak na sucho – nic a nic nie daje. Kto się uprze i tak wie swoje. A tu proszę - jest ciekawa fabuła, są konkretne informacje z przeszłości, fragmenty listów, wyjaśnione  pojęcia i szkice. Nic ze sobą nie koliduje. Mało tego - ta wręcz sensacyjna historia przenosi się z miejsca na miejsce - raz jesteśmy w amazońskiej dżungli (???), za chwilę w Rio de Janeiro,  kolejny rozdział rozgrywa się w Polsce – w Zalesiu Królewskim, Gniewie, Malborku, dalej – Wiedniu.  Grupka nastolatków, z Polski i Anglii, szuka relikwiarza wielkiego mistrza krzyżackiego Hermana von Salzy, potem natrafia na ślad krzyżackiego skarbu. Dzieciaki są zakochane w historii, mają porządną wiedzę, potrafią łączyć fakty, absolutnie nie plączą epok, a w dodatku – mają trochę ułatwione i życie, i zadanie – bowiem od dziecka obracają się w kręgu historyków, archeologów i muzealników, z oddaniem udzielają się w bractwie rycerskim. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że zainteresowanie wiekami dawnymi wyssali z mlekiem matki. Jeśli dodam do tego – przyjaźń, spryt, odwagę, umiłowanie ryzyka – to nic dziwnego, że gromadka aż prosi się o jakieś tarapaty i przygodę z wątkiem detektywistycznym. Pojawiają się w tej historii oczywiście tzw. przeszkadzacze, typki spod ciemnej gwiazdy – faceci w czerni i nie tylko, którzy też mają chrapkę na schedę po zakonnikach – nie ukrywam, że ich obecność zdecydowanie uatrakcyjniła tę przygodę i pewnie zostanie doceniona wśród młodych czytelników. Są zaskakujące zwroty akcji, ktoś nagle zatrzaskuje za grupką dzieciaków wielgachne drzwi, ktoś udaje fałszywego przyjaciela, pojawiają się i znikają tajemnicze samochody, do drzwi pukają tajemniczy osobnicy. Stara prawda mówi: jeśli chcesz zapalić innych – sam musisz płonąć. Taką pasją mogą zarazić nastoletni bohaterowie, widać ją również w osobie autorki. Z książki można naprawdę wiele dowiedzieć się na temat Krzyżaków, wojen z Polakami, Malborka, a nawet Wiednia.

Pewnie nie obędzie się bez porównań z Panem Samochodzikiem. Komuś, kto miał styczność z książkami Nienackiego, od razu nasuną się skojarzenia, powrócą wspomnienia. Wychowałam się na tamtych książkach – Księdze strachów, Zagadkach Fromborka, Templariuszach, Niesamowitym dworze. Może tu tkwi tajemnica mojej miłości do historii i książek z historią w tle. Bo przez zabawę i rozrywkę zawsze gdzieś potem szukałam dalej – dokładniejszych informacji, map, opracowań, może nawet po to, by zweryfikować …autora (?).  Myślę, że ten, kto w młodym wieku natrafi na Kroniki Archeo ma szansę przekonać się, że ta strrrrrszna historia, nic a nic nie jest taka zła. I może połknie bakcyla na dobre….

Wiej 12+

Wydawnictwo Zielona Sowa

 



niedziela, 19 lutego 2012

Wilczek Sterlinga North’a przenosi nas w lata siedemdziesiąte XIX wieku do południowego Wiscoisinu w USA. To właśnie tam przed laty osiedlili się dziadkowie małego Robbiego. Przybyli w latach czterdziestych na przeciekającej skorupie  z Anglii w poszukiwaniu lepszego życia – podobnie zresztą jak wielu osadników z Niemiec, Szwecji czy Holandii. Wśród nich był sam Thure Ludwig Theodore Kumlien (1819-1888) – absolwent Uniwersytetu Królewskiego, botanik i ornitolog. W życiu prywatnym sąsiad – Robbiego i jego rodziców. To właśnie on zaszczepił małemu miłość do przyrody, nauczył nazw roślin i zwierząt, również łacińskich, opowiadał chłopcu o zwyczajach mieszkańców dziewiczych puszcz, polan i prerii, okolicznych jezior i rzek. W tej książce aż kipi od przyrody – autor w 1969 roku otrzymał za nią nagrodę za najlepszą książkę o zwierzętach. Dwunastoletni Robbie wie co to znaczy trudne życie. Razem z rodzicami ciężko pracuje na farmie – oporządza zwierzęta, pomaga przy orce, zbiorach. Czasem gdy pracuje, zapomina się, przepada na długie godziny w lesie – gdzie obserwuje przyrodę. Konsekwencje nie są przyjemne – w domu czeka go lanie od ojca. Gdy chce mieć wolny dzień – musi go sobie kupić. Płaci rodzicom tyle, ile wynosi dniówka takiego młokosa. Chłopiec marzy, by oswoić wilczka – udaje mu się wykraść zwierzaka z wilczej nory. Z czasem stają się parą nierozłącznych przyjaciół. Choć książka wiele uwagi poświęca Wilkowi – to jednak jest to powieść o życiu pierwszych osadników sprzed ponad stu laty. Wiele z opisów pewnie dziś wzbudzi nasz sprzeciw – już choćby sposób zdobycia zwierzęcia, dalej polowanie na zwierzęta, zastawianie sideł, zabijanie ich dla futer i zarobku. To jest jedna strona medalu. Druga – to twarde życie, bez wygód, często w odosobnieniu, pełne strachu o jutro, dzieci, choroby, Życie kobiet – które też musiały harować jak mężczyźni, bez odpoczynku nawet w niedzielę. Ich choroby – tzw. nerwice czterech ścian – można się domyślać, co było tego przyczyną. Twardziele, ze zniszczonymi od pracy rękami, dzieci – praktycznie bez dzieciństwa – a jednak, jak się okazuje z wielkimi pokładami ludzkiej wrażliwości i uczuć. Gdy ojciec Robbiego – surowy, bardzo powściągliwy, w kryzysie z obawy przed nagłym spadkiem cen sprzedaje wszystkie świnie w pobliskim miasteczku, wydaje prawie ¾ zarobionych pieniędzy na prezent dla swojej żony. I to jaki? Fisharmonię, do której tak bardzo tęskniła. Możemy sobie wyobrazić, jakiż to był w tamtych czasach zbytek – w biednej farmerskiej rodzinie, w chacie z dębowych bali, bez prądu i bieżącej wody. To chyba jedno z najpiękniejszych wyznań miłości, z jakim spotkałam się w literaturze:

 Ezra (ojciec Rabbiego) zeskoczył z wozu i zrobił coś, czego Robbie przedtem nigdy nie widywał. Przyciągnął żonę do siebie i objął ją ramieniem.

-No, już dobrze, kobieto! Chcieliśmy ci zrobić przyjemność.

-Czyś ty zwariował, Ezra? W takich ciężkich czasach!

Pocałował ją. I to właśnie było prawdziwym zaskoczeniem dla chłopca. Bo po raz pierwszy w życiu zobaczył, jak ojciec całuje matkę.


Niespieszna literatura, pięknie napisana, spokój, harmonia, porządek regulowany przez wschody i zachody słońca, Boży dzień w niedzielę. Wszystko to przerywane od czasu do czasu przez niecne czyny miejscowych opryszków i łajdaków. A tych w książce też nie brakuje. Chciałoby się napisać – no tak Dziki Zachód. Tutaj – Wschód, bowiem miejsce, gdzie rozgrywa się historia Wilczka leży w pobliżu wielkich jezior. Książka – ciekawostka – zainteresuje pewnie miłośników przyrody. Pozwala dowiedzieć się jak wyglądało życie nastolatków - pionierów 150 – 200 lat temu.  Jakie mieli marzenia, co było ich najwspanialszym prezentem urodzinowym, co sprawiało radość. Książka obala też mity na temat wilków (mieliśmy zresztą okazję poznać  trochę prawdy o nich niedawno dzięki książce Wajraka). Czytałam mojemu starszemu synowi większe fragmenty – i zaręczam, że był tym wszystkim ogromnie zdziwiony. 

 

Thure Ludwig Theodore Kumlien (1819-1888)

Bardzo barwna postać w tej powieści. To on nauczył miłości Robbiego do każdego żyjątka. Zadziwiające - zostawił wszystko w Szwecji, miał przed sobą świetną przyszłość - a wolał jeziora i tętniące życiem bagniste łąki Ameryki. Zajmował się zdobywaniem cennych okazów dla muzeów w całej Europie. Polował na ptaki, zbierał jaja - potem wypchane okazy wysyłał statkami na stary kontynent. Pewnie i dziś w niejednym muzeum można zobaczyć owoc jego pracy. Prawdę powiedziawszy - niektóre z tych muzeów składały zamówienia, a potem zwlekały z zapłatą. W książce malowniczo przedstawiono budowę domu dla jego żony Margaretty - duży, z olbrzymich dębowych bali. Zebrała się ludność z całej okolicy. Każdy chciał pomóc - Kumlienowie byli powszechnie szanowani.

Mężczyźni przywieźli drewniane i żelazne młotki, dłuta, piły, strugi, toporki, siekiery i wiele innych narzędzi. Kobiety, mimo braku pieniędzy, współzawodniczyły ze sobą wspaniałymi koszami, pełnymi pieczonych kurcząt i całych szynek, lukrowanych miodem i przyprawionych goździkami. Marynaty, konserwy, dżemy i galaretki, ciasta i placki, bochenki domowego chleba i garnuszki masła, beczułki buraków, gruszek, śliwek, gęsty sos jabłeczny gotowany z jabłecznikiem i przyprawiony cynamonem - wszystko to stanowiło jakby wyzwanie rzucone złym czasom. (str. 163)

 

Wiek 10+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 1973



do Inviernity. Namiary mam podane w komentarzach - więc zaraz kontaktuję się odnośnie wysyłki. Dziękuję wszystkim za udział w candy - też za promocję Żabki na swoich blogach:)

Tagi: candy
17:29, be.el
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 lutego 2012

Do przeczytania kolejnej części przygód Lassego i Mai specjalnie zachęcać nie trzeba. Pisałam o tej serii już kilka razy. Na nowy odcinek czekamy zawsze z wielką niecierpliwością. Tym razem para detektywów została wplątana w tajemnicze zniknięcie szafranu. W malutkiej cukierni zabrakło złotej przyprawy do wypieku bułeczek szafranowych. Nikt w całym Valleby nie może sobie wyobrazić świąt Bożego Narodzenia bez tego specjału (my możemy – ale co kraj to obyczaj – przez to jest ciekawie na świecie :))) Dzieciaki wybierają się do pobliskiego sklepu na zakupy. Jednak – jak pech – to pech – ktoś ukradł cały zapas wartości kilkunastu tysięcy koron. Nie zdradzajcie dzieciom – ale jak zawsze - detektywi świetnie sobie poradzą. (komentarze mojego Tomka: Ciekawe, czy im się uda!!!! Do tego moje tajemnicze: No nie wiem). Podoba się nam typowanie kręgu podejrzanych, potem powolne eliminowanie poszczególnych kandydatów do tytułu złodzieja. Dla przedszkolaków jest tu dużo emocji, znaków zapytania. W czasie lektury jak zwykle szukają swoich śladów. Tym razem Lassemu i Mai uda się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ale więcej już nie zdradzam. No i święta zostały uratowane – o czym już tradycyjnie poinformowała miejscowa gazeta.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki



piątek, 17 lutego 2012

Kosmos interesuje najmłodszych. Patrzą w niebo i się zastanawiają – jak tam w górze jest, jak daleko do gwiazd, Słońca, Księżyca. Pojawia się tyle pytań. U nas było ich wiele w związku z tematem Kosmos – w przedszkolu – o czym już pisałam niedawno. Atlas pomógł lepiej zrozumieć tematykę – choć na pewno nie są to rzeczy łatwe, pełno tu specyficznych pojęć, nie wszystko można ot tak ogarnąć dziecięcym rozumem. Jedno jest pewne – ziarno zostało zasiane, ciekawość rozbuchana do granic możliwości. I jestem pewna, że książka nam jeszcze posłuży przez długie lata. Już sama okładka zachęca, by zajrzeć do środka. Wiadomo, dzieci lubią dotykać, macać, nadusić. W okładce jest okno w kształcie elipsy, a w nim wypukły Układ Słoneczny. Olbrzymie pomarańczowe Słońce -  i mniejsze i większe krągłe planety.

To Ziemia jest taka mała! A Merkury całkiem malutki, i Mar teżs. A Jowisz i Saturn olbrzymie!!!! – usłyszałam.

Oto co znajdziecie w środku – mnóstwo informacji – na temat Układu Słonecznego i poszczególnych planet – począwszy od najbliższego Słońcu Merkurego po najodleglejszego Neptuna. Przy każdej z planet dane dotyczące długości roku, doby (Np. doba Wenus to 243 dób ziemskich – planeta obraca się bardzo powoli), średnicy (we wnętrzu Jowisza zmieściłoby się 1300 takich planet jak nasza kochana Ziemia), powierzchni, składu wewnętrznego (Ziemia – skała, Jowisz – gaz), liczba księżyców (Ziemia – 1, Saturn – 60). Dzieci poznały tajemnicę Słońca, zorzy, plam na Słońcu, Księżyca, warkocza komet, różnicę między meteorami a meteorytami, typy galaktyk – w tym chyba najbardziej znaną Drogę Mleczną, gwiazdozbiory, typy mgławic i tajemnicze czarne dziury. Dzięki ruchomym obrazkom mogły zajrzeć do wnętrza obserwatorium, promu kosmicznego i  stacji kosmicznej. Autorzy podjęli chyba najbardziej gorący temat: czy gdzieś tam we wszechświecie jest życie i dlaczego wyginęły dinozaury. To co wzbudziło wiele emocji to wyprawy załogowe i bezzałogowe do różnych ciał niebieskich – misje, sondy, teleskopy, satelity.  Atlas kosmosu nie jest ciągnącą się w nieskończoność rozprawą naukową. Mnóstwo tu mniejszych i większych zdjęć – obok zawsze znajduje się krótki opis. Można z bliska zobaczyć strukturę planet i innych ciał niebieskich – kraterowy krajobraz Merkurego, wulkaniczny Wenus, kratery Księżyca, największy wulkan w Układzie Słonecznym – Olympus Mons na Marsie, plamy na Jowiszu.

Książka kryje w sobie dużo niespodzianek – czyli to, co dzieci lubią najbardziej – mogą wysuwać, przesuwać, odginać karteczki i zaglądać do środka. Obserwują zaćmienie Słońca, trasę dwóch sond wystrzelonych w kierunku Jowisza i Saturna, porównują najwyższy szczyt na Ziemi Mont Everest z najwyższym wulkanem na Wenus, mogą na własnej skórze przekonać się jak trudne jest badanie innych planet: biorą udział w lądowaniu sondy na Marsie, wchodzą do wnętrza tajemniczych pierścieni Saturna.

Czytanie i oglądanie Atlasu zbiegło się w naszym domu z książkami Stephena Hawkinga – o przygodach Jerzego we Wszechświecie. To znakomite uzupełnienie.  

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Wilga



czwartek, 16 lutego 2012

Jest to absolutny hit w naszym domu. Czytany często. Otwierany w dowolnym miejscu – i już. Przez matkę dla siebie, i ojca dla siebie, i matkę dzieciom, i ojca również dzieciom. Ostatnio nawet przez dziecko starsze dziecku młodszemu – tak po swojemu, na podstawie zapamiętanych fragmentów i zwariowanych ilustracji Michała Skakuja. A propos - świetnie oddał świat przyrody i żywot leśnego wagabundy – z przytupem i w  podskokach, na serio i z przymrużeniem oka. Ach te jego nieogolone gęby podróżnika (Wajraka chyba). Wszak tak ma być i koniec – kto by gdzieś tam w naprędce skleconym namiociku do obserwacji ptaków myślał o tym, by się pozbyć kilkudniowego zarostu. A jedzenie, a …siusianie? Zapomnijcie. Na wszystko przyjdzie czas i pora. Najważniejsza jest przyroda – i naprawdę – proszę się opanować, nie można się śmiać, chrząkać, kaszleć, oddychać, trzasnąć gałązką – bo a nuż  mi ktoś wilka przepłoszy. Autor, na co dzień dziennikarz pewnej znanej gazety, chodzi sobie po świecie i obserwuje naturę. Potem zapisuje wrażenia na papierze – a pisze tak, że człowiek od razu głupich myśli dostaje, no bo po co te wszystkie bogactwa, po co wakacje na Teneryfie i domek w Hiszpanii, po co drogie zegarki i samochody. Człowiek szczęśliwy to jest wtedy, gdy na własne oczy zobaczy jak srokosz nabija swoje ofiary na kolce, znajdzie trop wilka, albo rysia i przeżyje na statku 10 w skali Beauforta. Czyta się bardzo fajnie o wyprawach w Bieszczady, Puszczy Białowieskiej (tutaj Autor pomieszkuje), nad stawy i jeziora, nasze morze.  A wszystko oprószone śniegiem, skute mrozem, w niskich temperaturach. Znajdziecie też wiele cennych uwag praktycznych – ubiór, sprzęt, narty, ohydny sposób na stopy, maskowanie. Nic to - człowiek chce rzucić wszystko i od razu szukać jakichś śladów wokół własnej chałupy, wybrać się do lasu, szukać wiatru w polu. Jeśli tak działa lektura na czytelnika – to się książka udała. I to bardzo.  

 

Wiek 7+

Wydawnictwo Agora



środa, 15 lutego 2012

Pisząc o tej książce – muszę zacząć od innej. Niedawno skończyłam czytać Tomkowi pierwszą część przygód Jerzego: Jerzy i tajny klucz do Wszechświata. W przedszkolu dzieci miały akurat temat Kosmos. Pomyślałam, spróbuję – może dziecko złapie bakcyla. I to było to. Kiedyś pisałam już o Jerzym – tyle, że pisałam o moich wrażeniach. Teraz mogłam się przekonać – jak ta lektura działa na małego czytelnika. Bardzo się podobała. Plusem tych historii jest to, że zostały one napisane na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony – jest to właśnie Jerzy, dziecko rodziców – ekologów, którzy twierdzą, że nauka jest be i działa na niekorzyść ludzkości. Dalej sąsiad Jerzego – Eryk, naukowiec całą gębą i jego mała córka Anna.  To oni odkrywają przed chłopcem tajniki nauki, zabierają w dalekie podróże, o jakich nikomu się nie śniło. Na tej płaszczyźnie dzieje się wiele – dzieciaki przeżywają różne przygody, prowadzą często zabawne dialogi, nie brak tu tajemnicy i niebezpieczeństw.  Druga płaszczyzna – jest już bardziej poważna. Stephen Hawking to przecież naukowiec, znany na całym świecie autorytet – musi być tu jakiś mocniejszy akcent. W każdym rozdziale znajdują się (my tak je określamy) ”szare strony” – czyli poważne strony z informacjami o wszechświecie: różnych planetach, gwiazdach, czarnych dziurach. W tej części jest to Podręcznik użytkownika wszechświata, a w nim m.in. informacje o Wenus, Tytanie, Marsie, świetle i jego rozchodzeniu się w przestrzeni, bezzałogowych i załogowych lotach na księżyc, satelitach w kosmosie, systemie dwójkowym itd. Dzięki temu tę książkę można czytać w różnym wieku i tak jak się che. Z młodszymi dziećmi można omijać szare strony i skupić się na linearnej historii – przygodach, zabawie z nauką. Starsi mogą zahaczyć o szare strony. Z samych przygód i tak przedszkolaki mogą już się wiele dowiedzieć i zapamiętać, bowiem ta straszna poważna wiedza ze starszych klas, astronomia, matematyka fizyka – jest tu podana w tak atrakcyjny i przystępny sposób, że nie sposób nie zabłysnąć w towarzystwie:)

W tej części sąsiad Eryk i jego rodzina przenoszą się do USA. Zdolny młody naukowiec otrzymał posadę w Globalnej Agencji Kosmicznej. Na jego zaproszenie Jerzy udaje się w odwiedziny za ocean. Tam razem z Anną i nowym znajomym – Ernestem, naprawiają cudowny komputer – Kosmosa, który zepsuł się doszczętnie w pierwszej części. Kosmos może otwierać portal do wszechświata. Przez te drzwi dzieci wydostają się do różnych miejsc w Układzie Słonecznym. Tym razem skupią się na Marsie, gdzie mają bardzo ważną misję do wykonania. Bajkowo i nieprawdopodobnie – ale historia tak wciąga, że nie można się oderwać. Kto wie – może takie podróże będą możliwe w przyszłości.  

Przygody Jerzego i Anny i tzw. szare strony uatrakcyjniają kolorowe zdjęcia – tym razem z wypraw na księżyc, zdjęcia Marsa, wulkany Wenus, Saturna, Tytana i wiele innych.

Na pewno moje dziecko bardziej skupiło się na przygodach, wątkach sensacyjnych, tajemniczości Marsa, kosmicznym skarbie, śmiesznych dialogach, niebezpieczeństwach, jakie groziły dzieciom we Wszechświecie niż na poważnych i ważnych informacjach astrofizycznych. Z pewnością nie zapamiętało tych wszystkich trudnych pojęć, jakie padły w tej książce. Ale olbrzymim plusem tej całej przygody z Jerzym jest wielka ciekawość tego, co się dzieje wokół nas – i tam do góry. To dziecięcy – wycięty z tektury Układ Słoneczny, to dyskusja ze starszymi, że przecież Pluton to nie planeta (choć za naszych czasów szkolnych nią był), to patrzenie w niebo i w gwiazdy – przez lornetkę i bez. To dziesiątki pytań – na które ja, niestety – humanistka, nie znam odpowiedzi. Jeśli takie mają być skutki czytania książek – to hm………fajnie, prawda?

 

Wiek 10+

Nasza Księgarnia

 



Bardzo polubiliśmy Żabkę. To mądra seria dla najmłodszych, z której również dorośli mogą się wiele nauczyć. Dlaczego? Bo w życiu codziennym jesteśmy tak zalatani, że nie mamy czasu, by się tak po prostu zatrzymać i oddać się refleksji. Seria wcale nie mówi o rzeczach małych: przyjaźń, akceptacja siebie, obcy. Nie mamy czasu i ochoty, by myśleć o takich sprawach. Przy dzieciach można złapać oddech i pogadać. A jakie fajne rzeczy wychodzą podczas rozmów na kanapie:))) Z wydawnictwa Wilga otrzymałam egzemplarz Żabka i obcy - specjalnie dla czytelników mojego bloga. Cenny kąsek, bo książkę trudno dostać - ukazała się już jakiś czas temu. Oczywiście książkę polecam szczególnie małym czytelnikom - a dorosłym - dla towarzystwa:))))

Kto chce poznać lepiej Żabkę - zapraszam do recenzji:)

Żabka i obcy

Jak dobrze być Żabką

Zapraszam do candy. Proszę zostawić ślad w komentarzach. Jeśli w zabawie biorą udział autorzy blogów – prośba o informację i link do wpisu na swojej stronie. Zapraszam również czytelników z Facebooka. Można zostawić ślad pod wpisem na stronie F. Losowanie – w niedzielę 19 lutego 2012.

Tagi: candy
17:55, be.el
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 13 lutego 2012

W sobotę Pan Brumm zawsze ogląda telewizję, w niedzielę kosztuje miodu, w poniedziałek się kąpie, a we wtorki… jeździ pociągiem. Na Pana Brumma moje dzieci czekają z niecierpliwością. Ciekawe, co będzie robił w kolejny dzień tygodnia. Bo Pan Brumm ma bardzo uporządkowany tryb życia. Tym razem we wtorek, w towarzystwie swojego przyjaciela Kaszalota, udaje się (na rowerze – jak zwykle – musicie to zobaczyć) do starego tunelu. Stoi tam stara lokomotywa spalinowa. Nikt nią dawno nie jeździł. Widać to po zarośniętych torach. Niektóre rośliny sięgają do połowy maszyny. Kiedy pan Brumm zaczyna bawić się przyciskami – już pewnie wiecie co będzie dalej. Lokomotywa rusza i…………………………. Oczywiście – jak zwykle przygody misia kończą się szczęśliwie, ale – jest (jak zwykle:)) trochę zamieszania, chaosu i paniki – a ten odcinek gwarantuje maluchom też niezłe emocje.

Serię  lubimy za śmieszne ilustracje autora, wielkie - na dwie strony, za dowcipny tekst, za wielkie litery – które próbuje odczytać moje starsze dziecko już samodzielnie, za gapiowatość miśka (jakby nie było PANA!), która dodaje mu uroku, za wielką przyjaźń, jaką darzy swoją rybkę. Oczywiście nic nie usprawiedliwia zachowania misia – w każdej części robi coś nieodpowiedniego (zwłaszcza na Boże Narodzenie) – tutaj włazi na lokomotywę – co jest zabronione, niszczy kurnik Ryjkowi – dzieci reagują często błyskawicznie – Tak nie wolno. I potem opowiadają o swoich odczuciach. Na cudzych błędach można się wiele nauczyć.

-Mamo, czy to mu się śniło, czy było naprawdę – usłyszałam po lekturze. Hmm – a może faktycznie to był sen?

Dla tych, którzy polubili sympatycznego misia – na Boże Narodzenie ukazał się specjalny tytuł świąteczny. A nam przyszło czekać na kolejny odcinek – ciekawe – czym zajmuje się Pan Brumm w środę…

 

Wiek 3+

Wydawnictwo Bona

sobota, 11 lutego 2012

 

Ubiegłą niedzielę mieliśmy spędzić na Targach Książki w Poznaniu. Wszystko zaplanowane, program atrakcji wydrukowany. Sprawdziło się niestety stare przysłowie – Człowiek myśli, Pan Bóg kreśli. W nocy przyszła choroba i cały dzień dzieci spędziły w łóżkach. W dodatku spadł śnieg – więc było smutno do kwadratu. Ten tak długo wyczekiwany śnieg musiał spaść akurat w takim momencie. Plus tego był taki, że w długie niedzielne popołudnie przeczytaliśmy połowę książki, która, hmhm……., co tu dużo mówić, niezbyt wpisuje się w lutowy klimat. Choć w śnieg i owszem. Sezon Mikołajów minął ponad miesiąc temu – już byłam pewna, że w najbliższym czasie nie uda się nam przeczytać książki Cornelii Funke. Tymczasem….chyba mogę tak napisać – los chciał inaczej – i muszę przyznać – że to jednocześnie był właśnie taki miły podarek od losu w ten dość trudny czas. Lekturę kontynuowaliśmy każdego wieczoru, wczoraj skończyliśmy, i cała nasza trójka jest pod urokiem tej książki. Czasem żal, że się coś skończyło. Tak było z tą powieścią. Gdy zamknęłam ostatnią stronę, moje starsze dziecko zauważyło, że to nie koniec, bo przecież na okładce jest coś jeszcze – więc musiałam przeczytać dodatkowo również tekst okładkowy:)

To opowieść o Świętym Mikołaju, jedynym prawdziwym, jaki się ostał jeszcze na ziemi. Pewnego dnia wóz z nim i jego gromadą – aniołami Matyldą i Emanuelem, przemądrzałymi krasnalami, ląduje na ulicy Mgielnej, gdzieś tam u naszych zachodnich sąsiadów. Niewidzialny renifer Gwiazdonosy przepada bez śladu, dwa koła są poważnie uszkodzone, a Wielka Rada Mikołajów, która uczyniła ze świąt Bożego Narodzenia iście konsumpcyjne wariactwo, chce za wszelką cenę wyśledzić naszego Niklasa Julebukka, by go unicestwić. A Niklas? W niczym nie przypomina wszechobecnych Mikołajów, które znamy z wystaw sklepowych, reklam i centrów handlowych – nie nosi długiej brody, nie ma wielkiego brzucha i czerwonego płaszcza, w dodatku nie może żyć bez kawy. Jest młody (i przystojny:)), chodzi w połatanym i wytartym stroju, i zniszczonych mikołajowych butach, które w tej historii odegrają niemałą rolę. Tymczasem do wozu Niklasa trafia mały chłopiec Ben. Mieszka z rodzicami na tej samej ulicy, niedaleko. Mają dużo pieniędzy, stać ich na drogi samochód i wakacje nad ciepłym morzem. Jednak czegoś brak w tej trzyosobowej rodzinie – a by stać się szczęśliwym – czasem nie potrzeba zbyt wiele. Czy Niklas pomoże im odnaleźć się w tym świecie, w którym rządzą pieniądze, pęd za sukcesem i drogimi gadżetami? Jest też Charlotta – dziewczynka z sąsiedztwa, zagubiona i wystraszona jak Myszka. Szara i niepozorna. Nie muszę chyba pisać o tym, że będą działy się cuda – czasem będzie wesoło, czasem niebezpiecznie. Przyjdzie moment, że i łezka się skulnie po policzku. Nie brak tu czarnych charakterów - wszak Waldemar Dzieciosrogi - wróg Niklasa, jego współpracownicy i Drewniane Dziadki do Orzechów nie śpią....

Bardzo podobają się nam czarno – szaro - białe, ilustracje Paula Howarda – nastrojowe, ciepłe – iście bożonarodzeniowe. Niektóre sceny rozgrywają się w nocy – wtedy pojawiają się czarne strony i białe litery. Z ciekawości zerknęłam na Amazona niemieckiego – zastanawiało mnie jak została wydana ta książka w ojczyźnie autorki. Można zajrzeć do środka książki – zdecydowanie wolę naszą wizję Niklasa, Matyldy i Emanuela. W polskim wydaniu dwa anioły rubaszne, wyraźnie zaokrąglone – jakżeby inaczej, skoro anielica bez przerwy piekła i zajadała korzenne ciasteczka:) Książka pachnie śniegiem, klejem (do klejenia zabawek), parzoną kawą, kakao, wspomnianymi wcześniej ciasteczkami, a w pewnym momencie nawet środkami czystości.

Piękna i wzruszająca książka. Czytałam ją z myślą o starszym (7-letnim) Tomku. Tymczasem z wielkim zainteresowaniem słuchał również 4- letni Mikołaj. Wiek jest tu istotny - bo wiara w Świętego Mikołaja pozwala tę książkę przeżyć bardzo, bardzo głęboko - mogłam to zaobserwować na moich dzieciach;)

Bardzo ważna książka - o tym - jakie powinny być święta. Ja łamię stereotypy – i czynię książkę o Świętym Mikołaju naszą Książką Lutego. Bo przecież zima jeszcze trwa:) A co dla niektórych - i święta przez cały rok:)

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



poniedziałek, 06 lutego 2012

Fantastyczna książka. Dla tych, którzy szukają odpowiedzi na liczne pytania. Koncentruje się wokół trzech nauk przyrodniczych - biologii, chemii i fizyki. Jej największym atutem jest to, że jest tak bliska dnia codziennego. Dzieci nabierają przeświadczenia, że to wszystko dzieje się wokół nich, istnieje naprawdę – niewidzialne atomy, malutkie organizmy – bakterie, których niby nie ma (bo ich nie widać), a jednak są. Na początku każdego działu autorzy zadają prowokujące pytanie – Co ty wiesz o biologii, chemii i fizyce? Kiedy zadałam je moim dzieciom, od razu odpowiedziały, że nic. Kiedy zaczęliśmy wgłębiać się w tekst, poszczególne części, okazało się, że jednak wiedzą dużo, tylko nie zdawały sobie sprawy, że to jest właśnie ta dziwnie brzmiąca fizyka, chemia czy jak jej tam…. biologia.

Autorzy wyjaśniają czym jest życie, jakie tajemnice kryje ciało człowieka, jaką rolę w naszym życiu odgrywają rośliny i czego potrzebują do życia, gdzie szukać początków życia na Ziemi, z czego zbudowany jest świat,  cóż to takiego siła, masa, tarcie, zasady dynamiki Newtona, grawitacja, równoważenie, energia. Nie sposób wymienić wszystkich zagadnień – autorzy dokonali wyboru – a dany temat tłumaczą na przykładzie z życia. Świetne wytłumaczenie pojęć: szybkości i ruchu na przykładzie zachowań klientów w sklepie i napadu rabunkowego, albo energii jako superbohatera. Mnóstwo tu ciekawostek dotyczących dnia codziennego: bo chemia to też odmrażacz do szyb, nieprzywierająca patelnia i aparat cyfrowy. Fizyka to przecież spadający długopis, rzut lassem, rąbanie drzewna i Słońce które ogrzewa nas latem. Biologia to kaszel, ból w kolanie i mucha która przysiadła na szybie. Każdy z rozdziałów traktuje też krótko o historii danej nauki: pojawiają się nazwiska sław, które przyczyniły się do jej rozwoju. W książce znajdziecie przykłady eksperymentów, które można przeprowadzić w warunkach domowych, poznacie tajniki pracy naukowców, słowniczek z ważniejszymi pojęciami  i indeks, który zapewne ułatwi poszukiwania. Książka jest kolorowa, pełna malutkich, często dowcipnych, obrazków.


Pewnie, że nie wszystko jest przeznaczone dla maluchów – to zdecydowanie książka dla starszych dzieci. Ale jeśli ktoś z rodziców ma chęć przypomnieć sobie małe co nieco ze szkoły lub dowiedzieć się czegoś nowego – to naprawdę zachęcam. Fajne jest takie odkrywanie z dziećmi. Ja przy takich książkach zawsze myślę, jak to się stało, że nasza szkoła zabija ciekawość świata. Jak widzę dzieci, które garną się do wiedzy – interesuje je wszystko – chmury, dinozaury, serce, opadanie liści, planety – gdzieś to się wszystko kończy. A moje pytanie – dlaczego? Chyba pozostanie bez odpowiedzi. A przecież chemia ma coś z magii, biologia odkrywa największe tajemnice organizmów, fizyka to wszechświat…


Ja miałam szczęście do nauczycieli fizyki i chemii w szkole podstawowej. Mnóstwo doświadczeń, do których byli zapraszani uczniowie. Pamiętam lekcję o tarciu – kiedy to bawiliśmy się w …rozprawę sądową. Na sali sądowej byli: oskarżony: tarcie, oskarżyciel i obrońca i oczywiście sędzia.  Lekcję pamiętam do dzisiaj i rolę tarcia w życiu teżJ

 

Wiek 8+

Wydawnictwo Publicat



piątek, 03 lutego 2012

Michał Rusinek - autor wielu książek dla dzieci był sekretarzem zmarłej przedwczoraj noblistki Wisławy Szymborskiej. Może już znacie, a jeśli nie - to polecam dwa ciekawe artykuły do lektury:

Szymborska i Rusinek. Pierwsza poetka i pierwszy sekretarz

Poza wiekiem, czasem i miejscem...