Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
środa, 23 lutego 2011

Wakacje w domu wcale nie muszą być nudne. Ojciec Aleksa właśnie stracił pracę i nici z wyjazdu nad morze. Dziadek podarowuje wnukowi klaser. Niby zwykłe znaczki, a jednak gdy chłopiec zagląda do środka, dzieją się przedziwne rzeczy - postacie podskakują, król Ranulf usiłuje coś ważnego powiedzieć, wielka ważka pojawia się w realu i wplątuje we włosy Zuzki, w końcu coś białego stara się pochłonąć Aleksa i wciągnąć do jakiegoś innego świata. Wiele rzeczy da się od razu przewidzieć i happyend wisi w powietrzu, ale... W książce dzieje się dużo, szybko, jest czarny charakter i trzech  sprawiedliwych, którzy chcą rozwikłać tajemnicę klasera. Duże litery pewnie przypadną do gustu najmłodszym, a ilustracje Agnieszki Semaniszyn a’la Bohdan Butenko współtworzą pewien klimat charakterystyczny do starych powieści detektywistycznych zilustrowanych przez mistrza zwariowanej kreski. Bardzo podobają mi się niby ucięte ilustracje, których dalszy ciąg czytelnik musi sobie sam dopowiedzieć.

Wiek 9+

Wydawnictwo Skrzat

Harold to czterolatek, który za pomocą fioletowej kredki wyczarowuje swój świat. Ta kredka sprawia, że chłopiec idzie wymarzoną drogą, może wejść w każdą przysłowiową dziurę, może mieć wszystko dla siebie – księżyc, las, jabłonkę, strasznego smoka, ocean, łódkę, piknik, dziewięć rodzajów placka, łosia, jeżozwierza, wzgórze – nie, nie wzgórze – ale nawet wysoką górę i balon z koszem. Na jego kredkowe wezwanie zjawia się policjant, który wskazuje mu drogę do domu. W tym świecie wszystko jest możliwe. Gdy czytaliśmy o nim, przypomniały się nam piosenka z przedszkola – kolorowe kredki, wyczarują wszystko, to co chcę i Karolcia Marii Krüger oraz jej błękitna kredka.

Harold i fioletowa kredka to książka o nieograniczonych możliwościach dziecięcej wyobraźni. Ilustracje minimalistyczne, proste – mały (czarno – biały) chłopiec, kilka fioletowych linii, kresek, które tyle znaczą. Podobnie tekst - jedno, dwa zdania na stronę, w wersji polsko – angielskiej. Wydawca napisał na okładce – Harold posiada magiczną kredkę. Każda kredka w rękach dziecka jest magiczna. Przed oczami mam moje dzieci, które dzięki kredkom czarują dla siebie. Czarują? Też coś. One święcie wierzą w to, co narysowały. Góra zarysowanych kartek, kredki najróżniejszej długości, te najbardziej ulubione i najlepsze – króciutkie jak ogarki świeczki. Są na tych kartkach zamki, okręty, stada koni, helikoptery i samoloty. Ich mali autorzy są farmerami, kowbojami, odkrywcami, nurkami, żeglarzami, robotami. Świat, do którego warto się przenieść, choć na chwilę. Tak samo jak do świata Harolda… I podobnie jak w książce Johnsona – jest w tym rysowaniu pasja, twórcze realizowanie swoich marzeń, wielka radość z tworzenia. Nic dziwnego, że widząc tę całą otoczkę: wybieranie ładnych nie pomiętych kartek, najlepszych kredek, dyskusję, co kto rysuje, z taką pieczołowitością podpisuję autora, nanoszę datę i chowam do specjalnie do tego przeznaczonego kuferka.

A linia? – może mieć wiele znaczeń, można interpretować ją różnorako. Gdzieś na wysokości 1 metra od ziemi mamy porysowane ściany w prawie całym domu. Każdy z nas widzi na nich coś zupełnie innego – dla Cioci – Kloci, która wpadła z wizytą, są to zwykłe mazgaje, które niby psują cały image naszego mieszkania i pokazują rodziców w (baaaaardzo) negatywnym świetle, że niby nie dopilnowaliśmy, pozwoliliśmy itd., dla  moich dzieci jest to np. byk z wielkimi rogami, ja widzę ślimaka. To dowodzi, że wyobraźnia dzieci chadza swoimi ścieżkami i dzieci czasem widzą to, co dla dorosłego jest niewidoczne. A pamiętacie Małego Księcia? Dorosły osobnik widział kapelusz, a dziecko słonia połkniętego przez węża boa. Podobnie w książce Johnsona – dzieci widzą więcej niż my, analizują linie, kreski, które dla nas dorosłych są często tylko liniami i kreskami, a dla maluchów to zaproszenie do magicznego świata, do którego tylko one mają klucz.

A jak wyglądał smok? Zajrzyjcie do książki:)

 

Pewnie nie wiecie, ale Harold i jego fioletowa kredka przyszli na świat w USA w 1955 roku i dla wielu Jankesów  jest to cool -towa książka dzieciństwa.

Wiek 3+

Wydawnictwo Media Rodzina

poniedziałek, 21 lutego 2011


W domu Hanki i Henryka świat się wywrócił do góry nogami. Pojawił się pies – alaskan malamut – Winter. Phi – powie ktoś, kto nigdy psa nie miał. Tymczasem życie szczeniaka i całej czteroosobowej rodziny całkowicie się zmieniło. Winter tęskni za mamą i rodzeństwem, musi poddać się tresurze, nauczyć sie manier, psiej kindersztuby, musi oduczyć się okazywania psiej miłości przez naskakiwanie na eleganckie wieczorowe sukienki i garnitury zaproszonych gości, na białe płaszcze spacerujących paniusinek . Henrykowie natomiast zaczynają chować papcie i buty do szafek,  co cenniejsze i bardziej kruche przedmioty na górne półki, muszą wysupłać parę groszy :) za wyrządzone przez Wintera szkody, co rusz wypychają się na poranne podniesienie łapy, wypominają sobie, czyj to był pomysł z tym psem, obwożą szczeniaka po wystawach, zawodach psich zaprzęgów, odwiedzają weterynarza itp. A całą tę historię poznajemy z psiej perspektywy. Winter opowiada, co mu się podoba a co nie, co lubi, za czym nie przepada. A co najciekawsze – w jakiś dziwnie pokręcony sposób rozumie określenie: grzeczny pies. Ma swoje zdanie na ten temat, zupełnie inne niż jego nowa rodzina. Właśnie – nowa rodzina, bo Henryk, Hanka, Julia i Alek stają się jego rodziną – a za Winterem i kolejnym nowym członkiem rodziny (?) w ogień by poszli.


Książka zajęła III miejsce w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren w kategorii 6-10 lat zorganizowanym przez Fundację Cała Polska Czyta Dzieciom. I choć rekomendowana jest dla dzieci 8+ - ja przeczytałam ją mojemu sześciolatkowi, który już od dłuższego czasu chodzi za nami i uparcie powtarza – Chciałbym mieć psa. Mądra, dowcipna lektura. Świetnie wypada humor sytuacyjny, kiedy to lecą filiżanki i talerze na głowę, na sukienkach zostają ślady psich łap, gdy ginie kurczak z półmiska. Jednak autorom zdecydowanie nie tylko o to chodziło – pies to obowiązki, odpowiedzialność, wielka zmiana w życiu – i to na bardzo długo. To nie pluszak, którego można oddać komuś, gdy się już opatrzy i znudzi. Pies ma wielkie serce, myśli, czuje – w zamian za przyjaźń ofiarowuje swoją. Z książki można dowiedzieć się wiele na temat psiej natury – w końcu zwierzęta są wielką pasją Katarzyny Terechowicz i Wojciecha Cesarza – a to w tej książce jest bardzo widoczne. Czyta się wyśmienicie – jest kolorowo, co chwila wielkie na dwie strony ilustracje Joanny Rusinek. Jednym minusem jest dzielenie zdań, czasami wyrazów między stronami kiedy to pojawia się właśnie ten pochwalany przez mnie obrazek. Następuje zawieszenie głosu, dziecko dopada do ilustracji i … przez chwilę nie wiadomo co dalej. A ja wracam i szukam zgubionego wątku. Mimo to - wyśmienita lektura i jak najbardziej zasłużona nagroda:)

Wiek 8 +

Wydawnictwo LITERATURA

Jakiś czas temu otrzymałam wyróżnienie od mamy Stasia i Olka, autorki wspaniałego bloga - Do dzieci z pasją. Zajrzyjcie tam koniecznie – znajdziecie wiele ciekawych pomysłów na zabawę z dziećmi. Dziękuję  bardzo za to wyróżnienie. Zanim przyznam moją nominację, muszę napisać 7 rzeczy, których o mnie nie wiecie. Hm – nie powiem, jest to dosyć trudne, bo ja sama siebie do końca nie znam. Pozwolicie, że potraktuję odpowiedź rodzinnie i napiszę coś o moich dzieciach.

1.       Mikołaj jest najweselszym dzieckiem pod słońcem. Dla niego nie ma problemu – szybko się godzi, rzadko kłóci.

2.       Tomek – to mały filozof. Wierci dziurę w brzuchu i cały czas ma dylemat: Być albo nie być.

3.       Moje dzieci interesuje wszystko – przez to mam braki w AGD – nie mam łyżek, nie mam warzeszek, kwirlejek. Zamiast tego są szpady, miecze.

4.       Lubię wcześnie wstawać. Nie wyobrażam sobie długiego wylegiwania się w pierzynach.

5.       Nie lubię jeździć samochodem wieczorową porą. Chętnie zostaję w domu. W ogóle – nie jestem asem kierownicy. Jeżdżę, bo muszę.

6.       Bardzo lubię dom. Mogłabym być kurą domową – mam tyle zainteresowań, że ciągle brakuje mi czasu.

7.       Jestem optymistą czarnowidzącym. Czasem trudno mi się zdecydować na coś – bo staram się zobaczyć konsekwencje danej decyzji.

 

Tym razem wyróżnienie przypadnie dla trzech blogów (kolejność przypadkowa)

1.       / 2. Małe i większe formy oraz tekturowo. Autorami są mama i syn, mały Alek. Bardzo lubimy tam zaglądać. Ja szukam inspiracji na stronie Małe i większe formy, a moje dzieci ach-ają i och-ają, gdy widzą, jak Alek się bawi, co wyczarowuje z papieru, tektury, masy solnej, jaką ma kolekcję samochodów.

3.       dla Bazyla, czyli śmieciuszka życiowego. Gdy czytam jego recenzje, to gęba mi się wywija w uśmiechu i myślę sobie – wesołe jest życie.

sobota, 19 lutego 2011

Robię porządki w biblioteczce przed czekającą nas niebawem przeprowadzką. Przeglądam, sortuję, przekładam, pakuję już coś niecoś do kartonów. W tym całym rozgardiaszu znalazłam książkę dla dzieci, która mi się kiedyś (dawno dawno temu – stety niestety) szalenie podobała – widać to po jej stanie (rok wydania 1975). I choć nigdy nie czułam mięty ani do chemii ani fizyki, zawsze podziwiałam Marię. Oj, pokazała całemu światu, że kobieta potrafi. W tamtych czasach… Tym bardziej ciekawiło mnie, jak wyglądało jej dzieciństwo, kiedy nie była tą sławną Marią Skłodowską – Curie (1867 - 1934), ale zwyczajną Maniusią. Autorka musiała się pewnie natrudzić, by napisać tę książkę, bo o dzieciństwie Marii niewiele wiemy. Jak sama przyznała, napisała ją na podstawie książki córki noblistki Evy, w której (książce) pojawiły się krótkie wzmianki o małej Marii.  Wokół tego zbudowana została cała otoczka – życie rodzinne, codzienność w Warszawie pod koniec XIX wieku, dialogi. Mała Maniusia czytała na przykład Przyjaciela Dzieci, Wyspę tajemniczą Verne’a, a gdy była bobasem przylgnęło do niej przezwisko wymyślone przez matkę – Anciupecio.

Mania chodziła na pensję pani Jadwigi Sikorskiej – z tornistrem na plecach, w granatowym mundurku z białym kołnierzykiem, w kraciastej narzutce, z jasnymi warkoczami i właśnie w jednej z książek ojca przeczytała o … doświadczeniach alchemicznych, które bardzo ja zafrapowały – teraz już wiemy, dlaczego. Mania – trochę niższa i tęższa od siostry Heli, ciągle się guzdrała, lubiła chrupać cukierki  i owoce, lubiła karuzelę w Ogrodzie Saskim i strasznie się wstydziła, kiedy dobrze wypadła przed rosyjskim inspektorem Hornbergiem. I martwiła się chorobą matki, brakiem pieniędzy, pracą ojca...

Szkoła, ówczesna Warszawa – ulubione miejsca na spacery, tajne nauczanie, mieszkanie profesora – ojca Mani, a w nim biblioteka: Gramatyka języka polskiego, Kalendarz ilustrowany na rok 1877, Przewodnik po Warszawie Sobieszczańskiego, Encyklopedia Powszechna Orgelbranda. Gablotka, w której ojciec Mani przechowuje przyrządy fizyczne. Czy tak było naprawdę – nikt tak do końca nie wie.

Przypominam książkę, którą dziś czyta mało kto (tak samo pewnie, jak inne ksiażki autorki) – a okazja jest nie byle jaka – bo rok 2011 to rok Marii Skłodowskiej – Curie. W książce charakterystyczne ilustracje Leonii Janeckiej (Chłopcy z Placu Broni)

Dwa poniższe zdjęcia pochodzą z innej książki –  to już poważniejsza lektura, napisana przez córkę Evę – Madame Curie. Niektóre książki na mojej półce dosłownie znalazłam na ulicy – w Monachium podczas mojego wałęsania się  po mieście przed jedną biblioteką stał karton z książkami do zabrania: Tam właśnie znalazłam biografię naszej noblistki i inny skarb nie związany z tematem:) -  Götter, Gräber und Gelert. Roman der Archaeologie C.W. Cream’a (Bogowie, groby i uczeni. Powieść o archeologii).

Ojciec z córkami - Władysław Skłodowski był nauczycielem fizyki i matematyki. Maria - stoi z lewej strony.

Matka - Bronisława Boguska zmarła na gruźlicę, gdy Mania miała 11 lat. Maniusia kończy się w momencie, gdy dziewczynka chce wybrać się w świat na poszukiwanie wody żywej - dla mamy.

Wiek 9+

piątek, 18 lutego 2011

Corot, Jean-Baptiste-Camille- Czytająca kobieta

Wczoraj dużo było o czytaniu. Nie wiem, skąd takie zatrważające statystyki – ale patrząc na moich znajomych, wielu z nich czyta, wielu czyta swoim dzieciom, kupuje książki, regularnie chodzi do biblioteki. Ba, wielu ma pełne regały książek. Ale nie mnie podważać wyniki mądrych badań i statystyk. W każdym razie do myślenia dało mi to, że coś koło 50 % z nas nie czyta ani jednej książki w ciągu roku. U Czechów jest to … 10% (!!!). Wszyscy narzekają, choć każdy kij ma dwa końce – podwyższona stawka VAT, likwidacja bibliotek na wsi, śmieszne sumy na zakup nowych książek. W zeszłym tygodniu byłam z Tomkiem w bibliotece – Zapytałam o Powiastki Beatrix Potter, te z tekstem spolszczonym przez Małgorzatę Musierowicz. Pani bibliotekarka popatrzyła na nas tak dziwnie, jakbym zapytała o kolejne lądowanie na Księżycu, a potem dodała, że w zeszłym miesiącu dostała….  200 złotych : słownie dwieście złotych na zakup nowych książek i prawdę powiedziawszy nie wiedziała co z tym zrobić. Niech się mądrzy tego świata zastanawiają, dlaczego wyniki są jakie są. Może przyczyny nie trzeba szukać tylko w nas – że niby nam się nie chce itp. Wydajemy dużo na książki, nasze rodzinne rozmowy zawsze prowadzą do książek, z siostrami, które pomieszkują za granicą potrafimy prowadzić długie dysputy na temat przeczytanej lektury, choć mogłybyśmy plotkować o ich duńskich albo angielskich sąsiadkach, wysyłamy sobie książki (choć cena wysyłki grubej książki za granicę to równowartość kolejnej jakiejś interesującej nowości albo białego kruka upolowanego na allegro) – dla chcącego nic trudnego, ale naprawdę fajnie by było, gdyby książki były tańsze, a biblioteki zasobniejsze – a to już niestety nie od nas zależy.

wtorek, 15 lutego 2011

O skrzatach ostatnio głośno. A to za sprawą Słonecznego jaja Elsy Beskow – książki wydanej przez Zakamarki. Trochę jest sensacji w tej całej historii, bowiem okazuje się, że to nie pierwsze wystąpienie Beskow na naszym rynku. Na jagody (1903) Marii Konopnickiej (1842-1910) zostało opatrzone ilustracjami Beskow  z zupełnie innej książki (Puttes äventyr i blåbärsskogen -1901r.).

Szwedzka autorka wydawała książki autorskie – swoje piękne ilustracje łączyła z prostymi opowieściami. Joanna Olech niedawno na łamach Tygodnika Powszechnego (polecam ten artykuł!) trochę zgasiła emocje w związku z tą sprawą, tłumacząc mianowicie, że to co dziś postrzegalibyśmy jako prawdziwy skandal, w tamtych czasach, na początku XX wieku, uchodziło za dość często praktykowany zwyczaj – ot wydawca odsprzedawał prawa do ilustracji, do których z kolei ktoś inny dopisywał zupełnie nowy tekst. Moje Na jagody, do przeczytania których tak bardzo namawiała mnie mama po zapisaniu się do biblioteki, to książka z ilustracjami Zofii Fijałkowskiej. Co ciekawe – w klimacie książek Beskow. Bardzo mi się podobały.  Konopnicka  zasłynęła jako autorka kolejnej skrzaciej opowieści – O krasnoludkach i sierotce Marysi (1896). Powieść z ilustracjami J.M. Szancera. Ponoć jest na liście lektur szkolnych. Jestem ciekawa, jak współcześni mali czytelnicy odbierają obie książki.

Elsa Beskow (1874 - 1953)

Tutaj można zobaczyć Na jagody z ilustracjami Beskow.

Szwedzi mają zatem swoją Elsę Beskow. My – Marię Konopnicką. Niemcy  - Sibylle von Olfers (1881 – 1916). U nas z kolei ta pisarka jest zupełnie nieznana. Przyszła na świat w Prusach Wschodnich w zamku Metgethen niedaleko Königsberga (dziś Kaliningradu). Trzecia z piątki dzieci od najmłodszych lat wykazywała olbrzymie zainteresowanie rysunkiem i malarstwem. Wrażliwa, bardzo religijna, z bogatą wyobraźnią, głową pełną pomysłów na najbardziej wymyślne zabawy. Z buzią anioła, a może i samej Madonny, stroniła jednak od nauki – przynajmniej na samym początku – robiła sobie żarty z poważnych lekcji udzielanych przez zatrudnionych w zamku guwernerów. Zamiast tego wolała wymyślać książeczki z własnymi ilustracjami dla swojej młodszej siostry. Była przeszczęśliwa, gdy do Metgethen przyjechała jej ciotka Maria – malarka i pisarka w jednej osobie. I to skąd – z dalekiego i światowego Berlina. To ona udzieliła jej pierwszych profesjonalnych lekcji rysunku. Mała Sibylle znikała na długie godziny w różnych zakątkach ogrodu i z wielką pieczołowitością malowała i rysowała świat roślin i zwierząt. Rodzina z różnych powodów musiała opuścić zamek i przeniosła się miasta. Siedemnastoletnia Sibylle pojawiła się w Berlinie, gdzie dalej zagłębiała tajniki malarstwa i rysunku u swej ciotki. Myli się jednak ten, kto myśli, że wielkie miasto zawróciło dziewczynie w głowie.

Ani specyficzny klimat ówczesnego Berlina, ani liczni adoratorzy (a Sibylle była chodzącą pięknością - widać na zdjęciu) nie odciągnęli jej od już dawno powziętego zamiaru. 21 maja 1906 roku dziewczyna wstąpiła w Königsbergu do Zgromadzenia Sióstr Św. Elżbiety, w którym przebywała od kilku lat jej starsza siostra Nina. Zszokowała rodziców, którzy od najmłodszych lat inwestowali w jej wykształcenie – jako dobrą partię na rynku małżeńskim w przyszłości. Już jako siostra Maria Alojza przybyła w 1908 roku do Lubeki, gdzie zaczęła uczyć m.in. rysunku w szkole katolickiej. W międzyczasie sama pobierała jeszcze lekcje na Akademii Sztuk Pięknych. Wtedy zaczęła chorować na płuca. Zmarła 29 stycznia 1916r. w wieku 35 lat. Do dziś znana jest jako autorka 10 książek obrazkowych. Widać w nich odbicie epoki – fascynację secesją – mnóstwo w nich motywów roślinnych, płynnych falistych linii, subtelnej pastelowej kolorystyki. Stworzyła baśniowy świat - podobny do tego, jaki pojawił się w książkach Elsy Beskow. Pełno w nich skrzatów, małych ludków, stworzonek, kwiatów, traw... Zresztą popatrzcie sami:)

Was Marilenchen erlebte – to pierwsza książka, wydana w 1905 roku.

Każda kolejna książka to coraz większa sława i popularność.

Najpopularniejsza jej książka: Etwas von den Wurzelkindern (1906r.) Można obejrzeć ją tutaj.

Klasyka w Szwecji i Niemczech ciągle jest modna. Pokoje dziecięce przyozdabiane są reprodukcjami z książek Beskow i von Olfers - mało tego - są jeszcze kubeczki, puzzle, klocki, kalendarze, kocyki. Muszę odnaleźć Na jagody na półce u babci Basi - pożyczymy i zobaczymy, czy zainteresują współczesnych małych czytelników:) A Sierotka Marysia? - słyszałam różne zdania na jej temat. Zobaczymy... W każdym razie - nie wiem jak inni to robią, ale ilustracje towarzyszą maluchom w dniu codziennym. My też mamy się czym pochwalić;)

 

Informacje o Sibylle von Olfers znalazłam w Internecie.

niedziela, 13 lutego 2011

Dziękuję wszystkim za udział w kolejnym candy (obiecuję – będą następne). Niniejszym ogłaszam, że rączęta mojego młodszego dziecięcia wylosowały Mammęmisia (autorkę blogu "domowy zakątek"), którą proszę o kontakt. Pozdrawiam!

Tagi: candy
18:16, be.el
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 lutego 2011

Narkotyki, pierwsza miłość, konflikty z rodzeństwem i rodzicami, przyjaźń, alkohol. Ktoś może pokusić się o stwierdzenie – ale to już było. Pewnie, że było. A gdy dorzucę do tego jeszcze … Konopnicką? Tę Marię Konopnicką, od Naszej szkapy i Krasnoludków. Dla jednych zaczyna robić się jeszcze ciekawiej. Inni – szerzej ziewają. A jednak. Powieść Barbary Ciwoniuk, mimo że podejmuje tak często podejmowane w powieściach młodzieżowych wątki, może zainteresować młode pokolenie, znaleźć swój krąg czytelników – zmusza do myślenia, refleksji – nad życiem, swoim, najbliższych, każe zweryfikować przyjaźń, ślepe zauroczenie drugą osobą. W końcu podpowiada, że warto być sobą, mieć swoje zasady. A że czasem jest trudno. To jest wpisane w nasze życie – stety – niestety.

Milena jest uczennicą gimnazjum – prymuską z polskiego. Właśnie skończył się kolejny rok szkolny, zaczynają się wakacje i zamiast o wodzie, wolności, czasie tylko dla siebie,  dziewczyna myśli o warsztatach literackich związanych z postacią Marii Konopnickiej. Poetka urodziła się w 1842r. w Suwałkach, rodzinnym mieście Mileny. Dziewczyna chce wziąć udział w konkursie na jej temat. I Paweł też – obiekt jej westchnień. Właśnie dostał się do LO. Przystojny, delikatny, uroczy. Bogata wyobraźnia, tak charakterystyczna dla człowieka oczytanego, pozwala stworzyć jej wyidealizowany obraz chłopaka, w który święcie wierzy aż …do pewnego momentu. No cóż, życie weryfikuje pewne prawdy. Ona sama - pełna kompleksów, ani wamp, ani ideał urody, ani nazbyt modna, ciągle przyrównuje się do swoich „przeuroczych” koleżanek, typowych słodkich idiotek, które mają tylko fiu-bździu w głowie. I widzi siebie maluczką – bo tak się porobiło, że pewne rzeczy nie są zbyt popularne. Do czasu – bowiem na samym początku wakacji pojawia się Łukasz, przystojny syn znajomej z Gdańska, z czarną przeszłością i mnóstwem swoich mniejszych i większych tajemnic. To on uświadamia Milenie – co ważniejsze – mieć czy być. Ona sama na początku chce być lubiana i akceptowana przez wszystkich – przez nauczycieli, rodziców, kolegów  z klasy, w końcu przez nowe starsze towarzystwo, do którego należy jej Paweł. Choć widzi złe rzeczy – ich wulgarne zachowanie, alkohol, chamstwo, brnie w ten świat – umie odmówić i owszem, ale jest ślepa, nie widzi obłudy, gierek psedo-przyjaciółki. W końcu nadchodzi czas przebudzenia…

Książka zawiera tyle wątków, że faktycznie mogłabym pisać i pisać do rana. W każdym razie akcja w wielu miejscach zaskakuje – to, co niby było takie oczywiste, potem już takie oczywiste nie jest – i dobrze, bo dzięki temu powieść … nabiera charakteru.

Ciekawym zabiegiem było wmieszanie w to wszystko Marii Konopnickiej. I choć czasem niektóre dialogi związane z jej życiem – zwłaszcza, gdy Milena opowiadała o niej przyjaciołom przy ognisku lub rodzinie podczas kolacji, wydawały mi się sztuczne, muszę stwierdzić, że sprawa zainteresowała mnie i to bardzo. Autorka wykorzystała wątek Konopnickiej do dyskusji na temat homofobii i tolerancji. Inny wcale nie znaczy gorszy – choć czasem trudno przyjąć to do wiadomości. Nie można też oceniać postępowania kogoś tylko na podstawie kilku informacji – zwłaszcza osoby, która żyła ponad 100 lat temu.

Książka pokazuje, że życie nastolatka nie jest łatwe. Nie jest łatwo też jego rodzicom. Ale zastanówmy się – która rzeka ciekawsza – ta z wybetonowanym, korytem, uporządkowanym? Czy może ta z licznymi meandrami, poszarpanymi i porośniętymi brzegami, dzika natura?

Musisz to komuś powiedzieć zostało wydane w ramach serii Plus minus 16. Powieści z tej serii to skok na głęboką wodę; w codzienne problemy młodzieży (chłopaków i dziewczyn), ich dyskusje z najbliższymi, pierwsze poważne związki i decyzje. Znajdziecie tu aktualne historie, słodko-gorzkie – jak życie każdego, kto już trochę zna smak dorosłości.

 

Wiek 16+

Wydawnictwo Literatura

Dziękuję wszystkim za zabawę w candy. Aż żal, że mam do podarowania tylko jedno memo. Za chwilę, za moment będzie ogłoszony kolejny konkurs - candy. A w nim… niespodzianka. Zapraszam. A dziś, by nie trzymać dłużej w niepewności – ogłaszam, że Chopin – memo pojedzie do …Niesystematycznej. Miłej zabawy z dziećmi.


Tagi: candy
21:47, be.el
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 lutego 2011

Być może ktoś posądzi mnie wkrótce o stronniczość, bo ostatnio lektury takie bardziej chłopięce. Jednak tłumaczę sobie, że blog książkowy to nie serwis książkowy. Ma być czymś w rodzaju pamiętnika. A że u nas jest dwójka chłopców, mniej tu książek typowych dla dziewczynek (mam nadzieję, że nikogo nie urażę). Nie do wszystkich książek mam dostęp, nie wszystkie nas interesują, nie wszystko jestem w stanie przerobić – oprócz (miłej, skądinąd, pisaniny o książkach), pracuję w pełnym wymiarze godzin, chodzę na zakupy, do lekarza, pędzę po moje dzieci do przedszkola, gotuję obiady, piorę, sprzątam (oooooooooooooo – tu to mogłabym napisać dużo na ten temat). I w końcu, gdy bractwo śpi – po lekturze oczywiście, bo inaczej ciszę spokojnej ulicy przerywa ryk oburzenia Młodszego i Starszego, mam czas, by coś dopisać i wrzucić na stronę. I choć czasem obiecuję sobie – raz, dwa i do łóżka, by poczytać (a tu jeszcze góra prasowania, robótka z pracy, rachunki do popłacenia), bo oczywistą oczywistością jest fakt, że lepiej czytać książki niż czytać i pisać recenzje. Nic z tego – rozpisuję się i obiecuję - następnym razem będzie krócej, co raz wychodzi, a pięć razy nie.

Wikingowie to książeczka, jaka ukazała się niedawno w serii Pixi – Ja wiem. Piszę książeczka ze względu na rozmiar – 105 mm x 155 mm/ 30 stron. Maleństwo toto, cieniutkie, można włożyć do kieszeni, plecaka i nie czuje się ciężaru …wiedzy. W środku bowiem jest masa informacji na temat bandziorów z Północy. Bandziorów piszę z przymrużeniem oka. Po książkach Cherezińskiej zupełnie zmieniłam zdanie na temat wikingów, co wpajam również moim dzieciom.

Znajdziemy tu podstawowe wiadomości na temat ludu zza Morza: kim byli: piratami czy rolnikami, skąd się wywodzili, dlaczego organizowali wyprawy za morze, jak mieszkali, jak wyglądał ich dzień powszedni, w co wierzyli, jak byli zorganizowani, w końcu jeden z najciekawszych rozdziałów: informacje na temat drakkarów, czyli słynnych okrętów ze smoczymi głowami, służących do najazdów łupieżczych. Dalej – morskie podróże wikingów, znaleziska archeologiczne, słynni wikingowie, ich potomkowie i zagadki na końcu książeczki sprawdzające wiedzę uważnego małego czytelnika. Seria Pixi Ja wiem – pochodzi z Niemiec, gdzie od wielu lat popularne są wydania kieszonkowe za przysłowiowy grosz. Informacje podane są przystępne (nad stroną pedagogiczną czuwa nauczycielka) i ciekawe (konsultacji fachowych udziela dyrektor Muzeum Wikingów w Haithabu). Wszystko jest bogato zilustrowano. Moim zdaniem – fajna dodatkowa pomoc dla dzieci w szkołach podstawowych. Zresztą nie tylko – odwołuje się to do zainteresowań moich chłopców – zatem również dla przedszkolaków.

Cena? Gdy widzę fajną tanią książkę (eczkę), zawsze przypomina mi się mój polonista z LO: Kochani! Toż to cola i drożdżówka. A co lepsze?

Wiek 6+ (nie dla każdego – na pewno dla dzieci skażonych miłością do historii)

P.S. Właśnie przeczytałam tekst – i żeby było choć równouprawnienie w kwestii obowiązków rodzinnych, skoro w lekturowych nie ma – mój mąż też pracuje w pełnym wymiarze godzin, chodzi na zakupy, do lekarza, pędzi po nasze (do góry napisałam: moje) dzieci do przedszkola, gotuje obiady, pierze, sprząta (oooooooooooooo – tu mógłby napisać dużo na ten temat). I czytuje dzieciom na głos i czasem recenzję napisze (ale na drugim blogu). Pozdrawiam:))))

Wydawnictwo Media Rodzina

Drogi Turysto!

Łysobyki Wielkie miasto małe, ale godne zwiedzenia. Powita Cię chętnie i serdecznie. A więc nie marudź, tylko śpiesz się do nas z wizytą. Urlop spędzony w Łysobykach Wielkich – to przedłużenie życia.

 

Zanim daliśmy się skusić do odwiedzenia tego miasteczka, była taka rozmowa (krótka):

-Czy mamy książkę o żołnierzach? – zapytało mnie starsze dziecko jakiś czas temu. Matka czytająca podumała chwilę, przeszyła wzrokiem półkę z książkami dla dzieci. A że wie, co rodzina posiada, mimo znaczących ilości, znała odpowiedź natychmiast, niestety negatywną. Są Chłopy z Placu Broni, ale na tę książkę jest jeszcze za wcześnie. Jest niezła kolekcja na półce historycznej taty – historyka, ale to już zdecydowanie za wcześnie. Żołnierskie zainteresowania nie mogły zostać od razu wzmocnione przykładami z literatury (u nas tak już jest – pojawia się temat w zabawie – zaraz musi być książka – Indianie, podróżnicy, wikingowie, rolnicy, budowlańcy itd.). Na szczęście nie trwało długo i w domu pojawił się Generał Ciupinek. Już sama historia tej książki jest ciekawa. Po raz pierwszy wydana została w 1965 roku. A potem była długa cisza – przez 45 lat nic, nic, nic. Na aukcjach też nic, w antykwariatach również. Zachowały się stare egzemplarze w domowych bibliotekach. Prawdę mówiąc – nie znałam tej książki, nigdy nie widziałam i nie słyszałam.

Tylko nie szukajcie Łysobyk Wielkich na mapie, naprawdę szkoda zachodu. Ma niewielu mieszkańców, zaledwie tylko jeden autobus, leży nad rzeką Leniwką, dokuczliwych komarów brak, jest trochę zabytków, ale nic szczególnego. Łysobyki Wielkie nie są w każdym razie nudnym, sennym prowincjonalnym miasteczkiem. Najdrobniejszy szczegół z życia mieszkańców wywołuje wielkie poruszenie, skłania ojców miasta do wygłaszania patetycznych mów – jak choćby zwykłe zniknięcie zeszytu z wypracowaniem Ciupinka. Cóż to się nie działo.  Ciupinek jest uczniem miejscowej szkoły, ale tak naprawdę podczas lekcji zajmują go sprawy o wiele ważniejsze niżeli przyziemna nauka. Ciupinek jest generałem. Jego myśli przez cały czas krążą nad resztkami murów starego browaru na górce. Wódz myśli jak utrzymać w swoich rękach tę ważną placówkę. Sprawa jest skomplikowana dlatego, że przed południem rej wodzi tam wojsko Wielgusa z 5B, a po południu wojsko Ciupinka. Co to jest za wojsko: durszlaki na głowach, bomby z piasku, ładunki grochu, drewniane pistolety. Ale tylko w oczach dorosłych. W książce nazywa się to hełm, ładunek podwójny dalekonośny, broń zaczepno – nękająca itd.

Nie lubię dzielić książek na lektury dla małych mężczyzn i małych kobiet. Jednak tutaj – tematyka jest zdecydowanie męska. Wojsko, plany taktyczne, bitwy. Zabawy dzieci z połowy lat 60–tych, bez komputera, telewizji, gier, kina. To ciekawy obraz społeczeństwa, jakiego już absolutnie nie ma. Choć większość zdarzeń i miejsc i tak została wymyślona, czytelnika dorosłego czytającego tę książkę małemu dziecku, nachodzi jednak pewna refleksja. Nawet jeśli chłopcy bawią się dziś w żołnierzy to nie z takim zaangażowaniem jak Oddział Nieustraszonych. Rozmawialiśmy z mężem o tej książce. Tyle się zmieniło przez te 45 lat. Dzieci mają ważniejsze sprawy do roboty, niż bieganie po ruinach. Zresztą komu by się chciało – są rzeczy (ponoć) atrakcyjniejsze. Może dlatego mój Tomek słuchał tej książki z otwartą buzią.

-Mama, a ty byś pozwoliła mi tak cały dzień biegać po dworze?

Broń Boże. Toż to tylko literatura. Wszystko wymyślone. A gitara, angielski, konie, niemiecki, karate? Gdzie tam wcisnąć jeszcze bieganie bez sensu. Na chwilę powiało w domu wolnością, o jakiej marzy sześciolatek. W każdym razie Ciupinek spowodował, że przez kilka wieczorów moje dzieci zasypiały przytulone do pistoletów. Pewnie, że broniłam. Jak Rejtan – takich zabawek miało nie być.  I co? Są… Nawet nie wiem, kiedy dokładnie się pojawiły. Najpierw zrobione z ułamanych gałązek drzewek owocowych dziadka Stasia, potem przemycone przez płot po dzieciach sąsiadów, potem po dzieciach niani – cioci Marysi.

W książce możecie poznać zupełnie inną twarz Papcia Chmiela – ojca Tytusa, Romka i A’Tomka. Jego ilustracje nadają smaczku książce – czarno-białe, śmieszne.

Wiek 6+ (tak napisałam, ponieważ mój Tomek wysłuchał z prawdziwym zainteresowaniem. Gdzieś mignęło mi w necie – kategoria dla młodzieży. Nie zgadzam się – naszą współczesną młodzież interesuje zupełnie coś innego niż bomby z piasku. Jeśli chcecie, by dziecko poznało tę książkę, a samo sobie z nią nie poradzi – przeczytajcie mu ją. U nas czytał tata i wkrótce sam się wciągnął w wojnę o ruiny browaru. Sarsze dzieci – chyba jednak wolą czytać coś innego)

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Hanię Banię mogą czytać spokojnie starsi gimnazjaliści. Piszę o niej na moim drugim blogu. Zapraszam!

Wiek 15+

Wydawnictwo Muza

wtorek, 01 lutego 2011

Książka nie dla wszystkich. W pierwszej kolejności na pewno … dla rodziców. Pokazuje, że dzieci bardzo przeżywają to, co się dzieje w świecie dorosłych. Jest jeszcze małe. Nie zrozumie. Nic bardziej mylnego. Zrozumie i to dobrze. Bardzo to przeżyje, może zacznie obwiniać się za zaistniałą sytuację? To wgląd do małej duszy i serca. A te tak naprawdę są wielkie. Czasem traumatyczne przeżycie zostawiają ślad na całe życie. Rana goi się długo, być może nigdy nie do końca. Bardzo mądra książka. Wzruszająca.

Rodzice Basi są tuż przed rozwodem. Dziewczynka jest świadkiem ich kłótni, czynienia sobie wyrzutów, trzaskania drzwiami, wyprowadzki ojca. Basia posmutniała, dom posmutniał. Nawet kolorowe sny ją opuściły. Były i zniknęły. Puste miejsca bez kolorów i bez opowieści. Basia razem z bratem uciekają z domu w poszukaniu snów. Chcą dostać się do Paryża. To właśnie tam, w Luwrze, mieszkają ponoć Latusy, które kradną najpiękniejsze sny. Może to one sprawiły, że Basia nie może spać? Po drodze spotkają Kalalucha, dziecko niczyje, które wybierze się z rodzeństwem w długą wyprawę…

Autorka nie poszła na skróty, nie przygotowała nam przesłodzonego happyendu, jaki zadowoliłby niejednego czytelnika. Nie, nic z tych rzeczy. Zostawiła miejsce na dopowiedzenie własnego dalszego ciągu – na nie zapisanych kartkach. Człowiek odkłada książkę – a czyta się ją szybko, szybciutko, i ta opowieść siedzi w głowie. Długo. Właśnie dzięki temu wielkiemu znakowi zapytania na końcu – bo wszystko się może zdarzyć i od nas zależy, jak pokierujemy tę całą historię. Chciałabym, by Basia oprócz swoich snów znalazła ciepło rodzinne. Zrozumienie. Cierpliwość. I razem i osobno. Bo takie jest właśnie życie. Często bolesne.

Książka ma duże walory terapeutyczne również dla dzieci. Kiedy jest w rodzinie smutno, gdy rodzice się rozwodzą, może pomoże ukoić smutki, może pozwoli odnaleźć kolorowe sny…

A jak wyglądają złośliwe skrzaty kradnące kolorowe sny? Pierwszorzędnie przedstawiła je Marta Kurczewska.

Wiek – nie dla każdego

Wydawnictwo Nasza Księgarnia