Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 31 stycznia 2016

Są ukochane lektury dzieciństwa i „Mała księżniczka” niewątpliwie do nich należy. Niedawno została wydana w ramach doskonałej serii „Mistrzowie ilustracji”. Czarno-białe ryciny Antoniego Uniechowskiego na pewno na długo pozostały w świadomości niejednej czytelniczki, do których swego czasu i ja należałam. Wydawnictwo po raz nie wiem który (sprawdziłam – po raz 24-ty) sprawiło miłośnikom książek wielką niespodziankę. Perełka literatury, znakomicie zilustrowana trafia do naszych rąk – powodując pewnie nie raz i drżenie rąk i wzruszenie. 

Powieść wielokrotnie filmowana, ilustrowana, przenoszona w świat kreskówek. Gdzieś wyczytałam,   że autorka Frances Hodgson Burnett drogo okupiła swoje powieści i sławę, jaką niewątpliwie przyniosły jej właśnie opisywana „Mała księżniczka” i „Tajemniczy ogród”. Tak poświęciła się pisaniu, że nie miała czasu na ratowanie swojego małżeństwa. Ile w tym prawdy – trudno powiedzieć. Ale wróćmy do powieści.

Siedmioletnia Sara jest dzieckiem bogatego człowieka, który decyduje się umieścić małą córkę na znanej pensji w Londynie – u panny Minchin. Właśnie razem przybyli do Londynu. Wita ich charakterystyczna pogoda: „Pewnego pochmurnego dnia zimowego, kiedy gęsta, żółta mgła zalegała ulice Londynu tak szczelnie, że zapalono latarnie, a szyby wystawowe sklepów jarzyły się oświetleniem gazowym, jakby to był wieczór, mała, osobliwie wyglądająca dziewczynka jechała wolno ulicami miast, siedząc w powozie przy boku swego ojca”.

Zmierzają oczywiście do zacnej edukacyjnej instytucji. Slogan reklamowy zachęca niezdecydowanych (choć w dzisiejszych czasach na pewno brzmi śmieszne): Pierwszorzędny Zakład Naukowy Dla Młodych Panien. Sara od razu staje się ulubienicą nauczycieli i właścicielki pensji. Jednak tak jest do czasu. Po niespodziewanej śmierci kapitana Crewe’a Sara staje się biedaczką i zostaje przeniesiona na poddasze pensji, gdzie jest biednie i chłodno. Od tego czasu Sara będzie służącą, a sympatia mieszkańców pensji uchodzi w siną dal. Dziecko jest pozostawione samej sobie. Na szczęście są dobrzy ludzie na świecie, którzy nie zapominają o biednej dziewczynce i niosą jej pomoc.

Książka jest bardzo ładnie wydana. Wspomniałam już o ilustracjach – wielu z nas właśnie na nich się wychowało. Mam duży sentyment dla Antoniego Uniechowskiego (1903-1976), który zilustrował kilka książek na mojej półce. Stąd po latach niewielkie rozczarowanie, że jednak tych ilustracji w całej „Małej księżniczce” nie jest za wiele (5). Chcąc nie chcąc porównuję z „Lalką” Prusa, gdzie jego kreska cieszy oko w wielu miejscach.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry

sobota, 30 stycznia 2016

Kiedy czytam o genezie powstania „Małego kalendarza życia”, zawsze zastanawiam się jak moje dzieci zareagowałyby na mamine rady, gdyby opuszczały gniazdo rodzinne i wyruszyły w świat. Bo w młodych ludziach długo panuje takie przeświadczenie, że dobre rady są po to, by jednym uchem je wpuszczać, a drugim wypuszczać, i by i tak robić po swojemu. Dopiero z wiekiem człowiek zdaje sobie sprawę, że w tej kwestii to rodzice chyba mieli rację, po to by po jakimś czasie stwierdzić – że na pewno mieli rację. H.Jackson Brown, Jr. Przygotował 511 rad dla swojego syna Adama, który wyjeżdżał na studia, na uniwersytet. I nie były to rady typu: nie jedz, ucz się pilnie. Miały one często formę refleksji, spostrzeżeń, przypomnień. Przygotowane z perspektywy człowieka znającego życie, doświadczonego. Adam mógł je wykorzystać bądź nie. Może ojciec zrobił to dla asekuracji: bo przecież coś się stało, a ja przed tym ostrzegałem, a nie mówiłem? Na pewno z miłości i troski o dziecko. Kiedy młodzi wyruszają na studia – to kończy się akurat okres „buntu i oporu” i pewnie jest większa otwartość na różnego rodzaju życiowe rady. W każdym razie, zanim stałam się szczęśliwą posiadaczką „Poradnika” często zaglądałam na stronę FB wydawnictwa, bowiem dzielono się na niej różnym radami i sentencjami.

Na pewno od „Małego poradnika życia” nie zależy nasze powodzenie lub nie w życiu. Jednak być może jakaś sentencja zmusi nas do refleksji, do zastanowienia się nad sobą.

Kilka wybranych sentencji:

26 stycznia

„Kiedy w rodzinie przychodzi na świat dziecko, zachowaj gazetę z tego dnia. Daj ją dziecku w osiemnaste urodziny”.

3 lutego

„Nigdy nie pytaj kobiety, kiedy ma rodzić, dopóki się nie upewnisz, że jest w ciąży”.

16 marca

„Dzisiaj potraktuj każde „nie” jako „być może”.

13 kwietnia

„Nigdy nie oceniaj miejsca w kwietniowy dzień”

7 sierpnia

„Utaplaj się w błocie, to będzie wspomnienie”.

I całkiem praktyczne jak to z 30 stycznia:

„Czyść zęby nitką”.

 

 

„Oto 366 rad i przypomnień, aby rok 2016 mógł być owocny i szczęśliwy”.

Od lat w niezmiennej, kratkowanej szacie – z praktycznym stojaczkiem, by mieć go zawsze na widoku, pod ręką.

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 26 stycznia 2016

Kiedy czytam dziennik Kajtka, tak sobie myślę, czemu to moje dziecko nie buduje takich ładnych okrągłych zdań, bez błędów ortograficznych. Ot taka zwykła matczyna zazdrość. A nawet jeśli zdania byłyby nieskładne i błędy się zdarzały. Znaleźć takiego Kajtka, który znajduje radość w opisywaniu codzienności. Jaka frajda byłaby za kilka lat – odczytać zapiski w dzienniku, przeżyć raz jeszcze te emocje i wrażenia, odświeżyć wspomnienia. A może Wakacje Kajtka natchną nasze dzieci to tego, by chwyciły za pióro? Kajtek ma szczęście do nauczycielki, która potrafi zachęcić do pracy twórczej. Pani (o znamiennym nazwisku) Litera zadała jakiś czas temu w Kajtkowej klasie pewne zadanie: dzieci miały przez dwa miesiące prowadzić dziennik. Tak się to spodobało Kajtkowi, że postanowił czynność tę kontynuować. Jest koniec czerwca – zbliżają się wakacje. Swoje notatki chłopiec kończy 4 września. Zaczyna się szkoła, nowa klasa i nowy etap w życiu. Być może i pomysł na nową książkę? Wpisy dokonywane są systematycznie – i są różnej długości: niekiedy na zaledwie jednej stronie, niekiedy kilkustronne. W książce nie ma ilustracji – to pole popisu dla dziecięcej wyobraźni. Autorka we wstępie zachęca do wysyłania własnoręcznie zrealizowanych pomysłów na podany adres mejlowy.

Czytelnicy mogą towarzyszyć Kajtkowi podczas różnych wakacyjnych przygód, przedsięwzięć. Razem z rodzicami, przyjaciółmi. Będzie i do śmiechu: wystające nogi taty z domku na krzaku. Będzie smacznie – co rusz Kajtek pałaszuje różne smakowitości, na które przepisy znajdziemy na końcu książki. Będzie ciekawie – na nudę raczej Kajtek narzekać nie może.

Na końcu smakowite przepisy: na niebiańską zapiekankę serową mamy, racuchy serowe z malinami, żeberka w sosie z brązowym cukrem i pomarańczą, paszteciki z mięsno-kalafiorowym nadzieniem, ananasowe babeczki, gorącą czekoladę babci Kajtka, tosty z jajkiem, tuńczykiem i pomidorem, francuskie Brownie z kremem kajmakowym i inne.

Podsumowując - letnia książka na zimowe dni. Wniesie trochę ciepła i optymizmu, obudzi tęsknotę za wakacjami, podsunie pomysł, jak spędzić wolny czas.

A jeśli książka Wam się spodoba, możecie również sięgnąć po wcześniejszy tytuł:  Zeszyt z aniołami.

Wiek 7+

Wydawnictwo Zysk i S-ka

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Książkę Grzegorza Leszczyńskiego polecam wszystkim, którym bliska jest …. książka właśnie. Wprawdzie w tytule pojawiają się „małe książki”, lektury dzieci – jednak tyle tu różnych przemyśleń na temat lektur, czytelnictwa, ilustracji, że warto, by sięgnęły po nią osoby interesujące się książkami na co dzień – dla siebie, nie tylko zawodowo. Autor zwraca uwagę na czytanie książek wartościowych, bardzo dobrych, co podkreślone zostaje przytoczonym na samym początku cytatem Marka Twain’a: „Człowiek, który nie czyta dobrych książek w niczym nie jest lepszy od tego, który w ogóle nie umie czytać.”. Mocne to słowa, szczególnie dla osób chełpiących się swoimi licznymi podbojami czytelniczymi. Swoimi albo i swoich dzieci, uczniów, czytelników. Słynnym pożeraczom książek, pochłaniających papierową strawę w setkach i tysiącach stron mówi zdecydowane „nie”. Lepiej mniej a jednocześnie więcej. Bo z dobrych książek, ale wartościowych, jest dużo więcej korzyści niż z byle jakiej makulatury. Profesor Leszczyński używa dobitnego określenia: „śmieciowe żarcie książkowe”. Książkę trzeba smakować, trzeba się nad nią zatrzymać. Krótko mówiąc: „Wielkie małe książki” są swego rodzaju przewodnikiem po świecie książki dziecięcej. Leszczyński pokazuje, co w literaturze dobre i cenne, a na co nie warto zwracać uwagi. Podaje liczne przykłady książek jakie ukazały się w przeszłości i niedawno.

Podzielona na sześć rozbudowanych rozdziałów:

  1. Pożytki i niepożytki czytania.
  2. Powitanie z książką. Poezja dla dzieci.
  3. Imperium wyobraźni. Baśń.
  4. Prawda  świata, prawda człowieka.
  5. Sztuka książkowego uwodzenia.
  6. Zakończenie. Pożegnanie z książką.

Tytuły wyraźnie wskazują na zawartość poszczególnych części. Są to dogłębne i przekrojowe analizy poszczególnych książek i utworów, przytaczane są przykłady i tytuły z literatury polskiej i światowej. Nie tylko dziecięcej zresztą, choć ta zdecydowanie jest w przewadze. Grzegorz Leszczyński uczy … zachwytu nad książką, uczy też spojrzenia krytycznego. Widać jego fascynację książką, czym zaraża. Znajduje smaczki w biografiach znanych literatów i przytacza ich lekturowe umiłowanie. Chcąc nie chcąc czytelnik wychodzi jakby poza lekturę szukając jednocześnie w samym sobie podobnych uczuć.

Profesor Leszczyński zwraca uwagę nie tylko na „zasłużone” utwory. Dostrzega wartość króciutkiej rymowanki, mającej w sobie tyle muzyki. Pisze o roli kołysanki i przytacza liczne przykłady. Te niepozorne utwory to początek literackich dziecięcych zachwytów. Dokonuje również analizy literatury młodzieżowej. Swego rodzaju wstrząsem dla mnie było stwierdzenie (z którym po zastanowieniu się zgadzam), że „współczesna  dziewczyna nie ma żadnych punktów wspólnych ze „złotym pędrakiem” Makuszyńskiego. To skrajnie różne konstelacje, które przez pół wieku oddzielały lata świetlne”. Tym samym zastanawia celowość podsuwania naszych lektur dzieciństwa i młodości naszym dzieciom. Czy jest sens? Może świat przedstawiony w tych utworach stanowi swego rodzaju ciekawostkę, ale nasz bohater nigdy nie będzie już bohaterem naszego syna czy córki.

Nie brak tu ploteczek i ciekawostek z literackiego świata, które całości dodają trochę smaczku, do którego przyzwyczaiły nas po prostu media. Bez sensacji ani rusz. Jest historia Perrault’a, którego Ludwik XIV wyrzucił za bajki z Wersalu, jest opowiastka o Janinie Porazińskiej – pisarce antynarodowej. Jest i „Harry Potter” – nad którym dyskutował świat cały, jak długi i szeroki. Jest nawet mowa o Danielu Olbrychskim, który pociął szablą swoje fotosy filmowe na wystawie aktorów, którzy grali filmowe role nazistów. Ale takich smaczków jest tu niewiele. Przeważa ogromna porcja wiedzy na temat literatury.

Na koniec chciałabym przytoczyć dwa cytaty, które na długo zapadły mi w pamięci:

„Każda nudna książka w księgozbiorze naszych dzieci to kamień rzucony w przyzwyczajenia czytelnicze. I z powodu każdej nudnej książki w księgozbiorze, słabej, nijakiej, letniej, z każdej książki ugrzecznionej i wolnej od czytelniczych emocji każdy – czy to rodzic, czy bibliotekarz, czy nauczyciel, czy babcia lub dziadek, ciocia lub wujek, czy wydawca, czy księgarz – po prostu każdy powinien odbywać srogie pokuty. Najlżejsza kara to dziesięć lat nudnych lektur. Bez taryfy ulgowej”.

 

Autor podaje sposób na tych delikwentów, którzy nie czują mięty do książek:

„A co z tymi, którzy od książki uciekają? Trzeba ich uwodzić! Książka musi uwodzić, kusić i nęcić, inaczej po prostu po nią nie sięgną.”

Wydawnictwo Media Rodzina

niedziela, 24 stycznia 2016

 

Dwa luźno ze sobą powiązane opowiadania. I cała masa ważnych zagadnień: wykluczenie, tolerancja, przyjaźń.

W „Kolorowym szaliku” we wsi pojawia się Nowy. Zawsze z boku, niezaangażowany w życie klasy, czym denerwuje wszystkich. Niby chce, a jednak nie chce. Niby już bierze udziału w klasowych przedsięwzięciach, gdy potem nagle się wycofuje. Jakiś słabowity, ciągle owinięty kolorowym szalikiem, chorowity, blady, tajemniczy, zdolny, zaczytany. Nie pasuje do wiejskich rozrabiaków, kombinatorów, zapracowanych chłopaków. „Pieszczoch” – tak mówią o delikatnym chłopcu z leśniczówki, zresztą z nutką pogardy. Jedynie Marysia, córka bibliotekarki, nie boi się oswoić tego „jeża”. I gdy się wydawać mogło, że już już dowiadujemy się więcej o Nowym, rozwikłamy tajemnicę jego dziwnego zachowania, pojawia się przeszkoda. Tomek nabiera wody w usta, nie przychodzi do szkoły, musi wyjechać. „Nowy” pojawia się najczęściej w tle: w relacjach innych. W mniejszych i większych krzywdach, które wyrządzili mu koledzy z klasy. Głupie żarty, śmieszące wszystkich, z biegiem czasu blakną i tracą swój żartobliwy charakter. W obliczu choroby te wygłupy wiejskiej dzieciarni nabierają innego wymiaru. Kosmowska doskonale pokazuje małą społeczność, w której pojawia się ktoś nowy. Ta nie przygotowana na konfrontację z kimś innym, o innych zainteresowaniach i potrzebach, nie potrafi zaakceptować kogoś z zewnętrznego świata, kto chce się być może zintegrować, a jednocześnie zachować swoje własne ja. Dopiero śmierć kolegi „otwiera” oczy na wiele spraw, pozwala osądzić i zrozumieć problemy w nowym i jaśniejszym świetle. Jednocześnie czytelnik zadaje sobie pytanie, czy musiało najpierw dojść do tragedii, aby kogoś zaakceptować. Tutaj słynne wersy księdza Twardowskiego” Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą” nabierają szczególnej wyrazistości i aktualności.

W „Dziwnych spodniach” natomiast towarzyszymy głównie Emilce. Nastolatka nie może „przeżyć” zdrady przyjaciółki Agi. W klasie pojawił się „nowy” – niejaki Michał, i koleżanka poświęca całą swoją uwagę człowiekowi skądś tam. Wiele tu negatywnych uczuć, które Emilia, skądinąd mądra i utalentowana muzycznie, stara się zaszczepić w kolegach i koleżankach z klasy. Autorka pokazuje, jak powstaje niezdrowa atmosfera - przez brak szczerości i niedomówienia, ukrywanie uczuć i prawdy. „Nowy” również jest gdzieś w tle – jednak jego osoba ma wpływ na atmosferę w klasie, między przyjaciółmi i w rodzinie Emilki. Bardzo spodobał mi się tu pomysł „wykorzystania” mądrości starszych ludzi. Wiele dobrego w relacje międzyludzkie wniosła tu sąsiadka Emilki, pani Turoniowa. To do niej w ramach kary Emilka musi chodzić popołudniami. Ona w końcu przekazuje młodemu czytelnikowi ważną prawdę, że czasami trzeba wejrzeć w głąb samego siebie, żeby zrozumieć i zaakceptować innych. Ważna też jest końcówka drugiego opowiadania: „(…) można mieć dziwne spodnie albo wełnianą spódnicę i to nic nie znaczy (…)”. To ważne – w dzisiejszych czasach, gdy tak wielu młodych ludzi przykłada wagę do tego, co kto ma i jak wygląda.

Podsumowując: dwa opowiadania z przesłaniem, z nienachlaną nauką, do przemyślenia. Ambitnie, z autentycznymi dialogami. Baaardzo wzruszająco. Po lekturze te historie na długo pozostają w człowieku – gdzieś przed oczyma przemyka kolorowy szalki i dziwaczne spodnie z elany. Ale tak jest dobrze. Tak ma być.

Wiek 9+

Wydawnictwo Literatura

sobota, 23 stycznia 2016

Zuzanna Orlińska w najnowszej detektywistycznej opowieści wraca do czasów dzieciństwa. Zresztą wzbogaca książkę fotografiami z rodzinnego archiwum (patrz: wyklejka). We wstępie zaznacza co jest prawdą, a co fikcją, a co tylko przypuszczeniem. Ale co tam – słowo pisane, podsycone wyobraźnią, daje wiele możliwości. Również takich – jak przeniesienie się  w czasie, do znanych kątków i zakątków, spotkanie ludzie, których już nie ma – a którzy byli, a których być może nigdy nie było. Efekt jest niesamowicie interesujący – powstała powieść kryminalna dla dzieci, w klimacie „Szatana z siódmej klasy” i awanturniczych powieści Niziurskiego. Orlińska nie wahała się oddać steru w ręce dwóch rezolutnych nastolatków, którzy dzięki młodzieńczej ciekawości i odwadze, inteligencji pokonują starszych. „Pokonują” czyli przyczyniają się do rozwiązania zagadki. Młodego czytelnika na pewno zaciekawi wątek detektywistyczny, ciut starszego – ciekawy kontekst społeczno – historyczny. Lata 30- te poprzedniego wieku zawsze stanowiły ciekawe spektrum dla rozwoju fabuły. Wojna, która ma wybuchnąć za 9 lat także i tutaj zostawia swoje ślady – przede wszystkim w działalności tajemniczego profesora Freya, który na początku powieści przejawił ogromne zainteresowanie zabytkową antabą z klasztornych drzwi w Czerwińsku.

W Czerwińsku pojawia się tajemniczy jegomość: Trąbiszewski. Twierdzi, że jest artystą i chętnie pomógłby przy pracach konserwatorskich w klasztorze. Jednak człowiek ów nie przejawia zbytnio talentów w tym kierunku, co więcej: najbardziej interesują go klasztorne drzwi, które opukuje, starannie ogląda i przy których odkręca to, co tylko odkręcić się da. Jego zachowanie zwraca uwagę pary nastolatków: Bronki i Jerzyka, tym bardziej, że za dni kilka w miasteczku ma się pojawić sam prezydent RP: Ignacy Mościcki. Czyżby Trąbiszewski planował zamach? Próba wyjaśnienia tej zagadki prowadzi do różnych ciekawych miejsc w Czerwińsku i okolicy, gdzie różne lasy, zarośla, Wisła i stare zapomniane ruiny kościoła pw. Św. Wojciecha. W końcu prowadzi do ciekawych ludzi: m.in. do Kornela Makuszyńskiego, który przemyślanie został tutaj przemycony do fabuły. Nie wiem, może to swego rodzaju hołd oddany jednemu z najbardziej popularnych autorów powieści młodzieżowych przed wojną, pisarzowi, którego powieści po 45 roku znalazły się na komunistycznym indeksie – on sam zaś żył biednie, zapomniany i odsunięty na bok. W powieści spotykamy całe mnóstwo ciekawych postaci, które nieodłącznie kojarzą się z Dwudziestoleciem Międzywojennym. Sama powieść jest napisana z pazurem, ciekawymi dialogami. Jest miejsce na przemyślenia bohaterów, opisy miejsc i charakterów. Koniec jest zaskakujący. A sama książka wywołuje apetyt na odwiedzenie miejsc opisanych w tej książce. Kto wie – może kiedyś …ktoś…

Wiek 9+

Wydawnictwo Literatura

piątek, 22 stycznia 2016

Nasza Księgarnia konsekwentnie wydaje kolejne tomy: „Poczytaj mi mamo”. Niedawno ukazała się księga szósta, a w niej: jak zwykle w jednym tomie, 10 mini – książeczek, jakie ukazywały się przed laty z osobna. Odnalezione po latach, odkurzone przypominają o tym, co kiedyś czytały dzieci (co czytaliśmy:)). Dobrzy polscy autorzy, wyśmienici ilustratorzy, małe tomiki, które były samodzielnymi książkami – a przecież przeczytać samodzielnie książkę to dla początkującego czytelnika był wyczyn nie lada. Taki wielki mały (ale tylko z formatu książki) sukces czytelniczy. Ja osobiście w każdej części odnajduję jakieś miłe wspomnienie, ale też i nowe. Tych książeczek były dziesiątki, nie wszystkie były dostępne w bibliotece. Jednak kiedy będąc dziećmi w bibliotece spoglądam na półkę z tymi książkami w wersji mini, widzę, że i miały, i nadal mają wzięcie. Niektóre z nich są dosłownie „zaczytane” na śmierć. Ratowane mimo wszystko przez panie bibliotekarki – sklejone taśmą, podklejone papierem, ładnie i starannie owinięte. Skarb nie zawsze musi od razu błyszczeć.

W szóstej części znajdziecie takie tytuły:

Babcia też człowiek: autor: Irena Landau, ilustracje: Zdzisław Byczek

Potworek: autor: Marta Tomaszewska, ilustrator: Wanda Orlińska

Wiosenna wędrówka: autor: Helena Bechlerowa, ilustracje: Mieczysław Kwacz

Hihopter: autor: Małgorzata Musierowicz, ilustracje: Stanisław Rozwadowski

Kropka szczęścia: autor: Barbara Lewandowska, ilustracje: Hanna Grodzka-Nowak

Niezwykła podróż Ali Baby: autor: Zdzisław Nowak, ilustracje: Mirosław Pokora

Wielka przygoda małym miasteczku: autor: Barbara Eysymontt, ilustrator: Zdzisław Witwicki

Nikt się nie trzęsie: autor: Maria Terlikowska, ilustracje: Mateusz Gawryś

Ali Baba i pasterz: autor: Zdzisław Nowak, ilustracje: Mirosław Pokora

Dziewczynka z tęczy: autor: Hanna Łochocka, ilustracje: Hanna Krajnik

Wśród nich cudna opowieść o babci, która pewnego dnia strajkuje, choć może to nieodpowiednie słowo. Chce poleżeć i poczytać, a nie tylko sprzątać i gotować. W każdym razie zachowanie babci bardzo zastanawia dwójkę wnuków. A co? Przecież babcia to też człowiek. W „Potworku” został poruszany problem przezywania. No cóż – Potworek to naprawdę niezbyt miłe przezwisko. Co może wyniknąć z przezywania? – o tym w opowiadaniu Marty Tomaszewskiej. Właśnie minęła zima: Kuklik – kasztanowy ludzik ma zniszczone ubranie. Chciałby nowy płaszczyk i nową czapeczkę. Ale skąd – skoro na świecie zapanowała wiosna? Trochę czasu upłynie zanim zrozumie, że on sam należy do jesieni. Małgorzata Musierowicz natomiast bacznym okiem obserwatora opisała scenkę rodzajową, która może zdarzyć się zawsze i wszędzie. I pewnie tak jest, a powodem tego nie zawsze jest tytułowy „hihopter”. Wyśmiewanie innych, stawanie w obronie słabszych – można z tej historii wiele się nauczyć. Kropka szczęścia to zaskakujące opowiadanie o samotności dziecka w szpitalu. Trudną sytuację ratuje malutka biedronka, która ląduje na kołdrze Jasia. Historia z happyendem. Ali Baba natomiast od razu kojarzy się ze słynną baśnią o Sezamie i rozbójnikach. Stąd pewnie miłym zaskoczeniem będą dwie książeczki Zdzisława Nowaka, w których poznamy zupełnie innego Ali Babę. Czy to ta sama postać? – trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne – ten Ali Baba to człowiek o szczerozłotym sercu. Natomiast taki czarodziej, jaki pojawił się w pewnym małym miasteczku powinien niewątpliwie pojawić się w wielu miejscach na świecie. Może pomógłby walczyć z wandalami, jacy i tu niszczyli miasteczko. W „Nikt się nie trzęsie” został poruszony problem zazdrości o małego brata. Nieszczęśliwa awaria w bloku pomoże Markowi zrozumieć wiele spraw, które zaprzątają mu głowę. Natomiast po opowiadaniu Hanny Łochockiej zupełnie inaczej spojrzycie na tęczę. A może też będziecie szukali dziewczynki z tęczy?

Wśród nazwisk ilustratorów znalazłam dwóch, którzy zilustrowali moje dwie ulubione książki dzieciństwa: Hanna Krajnik od „Majki z Siwego Brzegu” i Mieczysław Kwacz od „Jacka, Wacka i Pankracka”. Obydwie zresztą Książki Miry Jaworczakowej. Jeśli ktoś śledzi całą serię to z pewnością zauważył, że wiele z nazwisk i autorów i ilustratorów się powtarza. Mało tego można już z łatwością rozpoznać charakterystyczną kreskę Mirosława Pokory, Zdzisława Witwickiego, Wandy Orlińskiej. Całość wydana z niezwykłą starannością.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



czwartek, 21 stycznia 2016

Oj, dużo dzieje się w małej głowie. Bartek ma siostrę, mamę, tatę. Przeciętna polska rodzina. Do tego w jego główce kotłują się różne myśli, różne uczucia, emocje. W snach znajduje się odbicie dnia codziennego, dziecko odreagowuje troski i smutki, radości. Bartek jest na tyle mądrym chłopcem, że potrafi z tych snów wyciągnąć wnioski i naukę dla siebie. Książka Joanny Wachowiak to cenne opowiadania terapeutyczne dla dzieci, w których te mogą odnaleźć siebie, mogą podpatrzeć pewne sytuacje i znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania, które zaprzątają dziecięce głowy. Co zrobić kiedy siostra wciąż wniebogłosy „ryczy”, kiedy rodzice nie mają dla pierworodnego czasu, co dzieje się z butami gdy wszyscy śpią, dlaczego warto od czasu do czasu potrudzić się, co wspólnego mają ze sobą kury i nauka jazdy na rowerze, Jest kilka bardzo zabawnych historii: jak ta, kiedy to Bartek tak bardzo się cofa w czasie, że wraca do okresu niemowlęcego, a jego mama do przedszkolnego.

Życie rodzinne niesie ze sobą wiele niespodzianek – ta książka tchnie optymizmem, bo z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Bartek ma wyrozumiałych rodziców, którzy są przewodnikami i wychowawcami. Potrafią zareagować uśmiechem, żartem, wykorzystują doświadczenie, nietuzinkowe, niekiedy bajkowe rozwiązania. Świat Bartka i Lenki to świat bezpieczny, w którym dzieci rozwijają się i czują, że są akceptowane. Ciepłe opowiadania, które zostały przeniesione również na płytę. Teksty w interpretacji Jacka Kawalca są bardzo dynamiczne. Aktor „wchodzi” w role dziecięce: potrafi zapłakać, tupnąć nogą, pomarudzić. Robi to baaaardzo przekonująco. Jednym słowem: jest ciekawie.

Wiek 4+

Wydawnictwo Bis



 

środa, 20 stycznia 2016

Kariera Tarana Matharu i jego powieści miała swój początek jak w bajce. Nie została wydana w wersji papierowej, tylko pojawiła się na popularnej platformie wattpad.com. Jak się szybko okazało – temat był strzałem w dziesiątkę i już po kilku tygodniach i miesiącach powieść ta zyskała sobie olbrzymią rzeszę wiernych czytelników. Szacuje się, że na dzień dzisiejszy jest ich już grubo ponad 7 000 000 (milionów). Dziś to nazwisko jest już rozpoznawalne w literackim świecie – a kto przeczytał pierwszy tom, to pewnie jak ja z niecierpliwością czeka na kolejny. Złośliwcy doszukują się motywów podejrzanych w innych książkach, natomiast optymistyczni i życzliwi oceniają ją jako naprawdę wciągającą przygotówkę z elementami fantasy.

Całość rozgrywa się w czasach stylizowanych na średniowiecze. W krainie Hominum toczy się wojna, w której biorą udział ludzie, elfy, orkowie. Zwłaszcza ci ostatni znani są z okrucieństwa. Na północy, gdzie głównie toczą się walki panuje bezprawie, głód, bieda. O dzień drogi od frontu północnego znajdują się Skóry, grodzisko, w którym mieszka nastoletni Fletcher wraz ze swym opiekunem kowalem Berdonem. Przed laty to właśnie Berdon wziął do siebie porzucone w śniegu pod bramą niemowlę. Chłopak wyrósł na dzielnego młodzieńca, który nie bał się ani roboty, ani walki. Niestety podrzutki nigdy nie miały łatwego życia – na skutek kłótni z synem miejscowego watażki, Fletcher musi uciekać w świat. Schronienie znajduje w szkole dla zaklinaczy. Niedawno odkrył w sobie moc przywoływania demonów. Za jakiś czas pójdzie na wojnę, by walczyć z orkami. Jednak na razie musi też dać sobie radę w nowej szkole, gdzie trzeba przyswoić masę materiału i jednocześnie utrzeć nosa zarozumiałym i pewnym siebie dzieciakom z wyższych sfer. Fletcher ma jednak wokół siebie przyjaciół, którzy gotowi są pójść za nim w ogień. I ma silną determinację i ambicję. Chce zostać doskonałym zaklinaczem i zrobi wszystko, by osiągnąć swój cel.

Jeśli ktoś polubił „Zwiadowców” polubi pewnie i „Zaklinacza”. Książka ma specyficzny klimat, swojego bohatera – wcale nie „czystego” od wad. Wręcz przeciwnie. Fletcher ma mniejsze i większe grzeszki na swoim koncie jednak od samego początku wzbudza tylko ciepłe uczucia. Doskonale rozróżnia dobro od zło – jednak nie waha się wejść na drogę zła i przemocy mając na uwadze szczytny cel. Wdaje się w bójki bez perspektyw na zwycięstwo, pcha się w niebezpieczeństwa, jeśli trzeba stanąć w obronie słabszych. Fletcher ma w sobie coś z rycerza średniowiecznego, dla którego pewne wartości były ważniejsze i cenniejsze od życia. Młodzi mogą się od niego wiele nauczyć: jak poszanowania słabszych i biedniejszych. Odwaga, honor, przyjaźń – to hasła rzadko pojawiające się w codzienności dzisiejszego świata. Dla Fletchera nie bogactwo i posiadanie mają największą wartość. Fletcher to swego rodzaju outsider, który nie zgadza się z panującym porządkiem i zasadami – czego nie boi się głośno wyrazić. I co pewnie nie raz nie wyjdzie mu na dobre. Ale dzięki takiemu przekonaniu, apetyt na kolejny tom robi się jeszcze większy. Nie ma jednak rady trzeba cierpliwie poczekać na ciąg dalszy.

Wiek 13+

Wydawnictwo Jaguar



wtorek, 19 stycznia 2016

Kilka dni temu – dokładnie 18 stycznia minęła dziesiąta rocznica śmierci księdza Jana Twardowskiego. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na książkę nietuzinkową, wydaną w ramach serii z balonikiem Naszej Księgarni: „Ksiądz Twardowski dzieciom”. Mówią o nim ksiądz Jan od Biedronki. Ponoć on sam lubił, gdy inni go tak nazywali. Czytam te wiersze i łapię się na tym, że trochę one nie na nasze czasy. A za chwilę nachodzi mnie taka oto refleksja, że właśnie one są na nasze czasy. By pokazać co tak naprawdę ważne w życiu. Jedna z najbardziej znanych maksym ks. Jana brzmi: „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą”. A przecież w jego poezji można znaleźć całe mnóstwo mądrości: takiej codziennej, prozaicznej, może na wskroś szarej, ale jednocześnie pięknej. Takiej, której należy szukać nie w bogactwie materialnym, gadżetach, drogich ubraniach, samochodach i domach – ale w kubku z ciepłym mlekiem, uśmiechu mamy, rozmowie, oczekiwaniu, starym stole z ceratą, maluchach przeszkadzających w kościele. Pewnie dlatego wielu z nas czuje, że ksiądz Jan to taki bliski człowiekowi poeta. Że jest taki …. nasz. Ot tak, po prostu. Sam pisał:

(…)

Spraw

Niech poeci piszą wiersze prostsze od wspaniałej poezji.


Nie był wieszczem, który na barkach niósł wielką odpowiedzialność za cały świat. Swoje wiersze kierował do zwykłych ludzi, pogrążonych w życiu zawodowym, rodzinnym. Z troskami i mniejszymi i większymi radościami. Tych wierszy księdza jest tak dużo, że nie sposób czegoś nie znaleźć dla siebie. I wcale się nie dziwię, że Aleksandra Iwanowska wyszperała w rymach i wersach utwory, które mogą być skierowane właśnie do małego czytelnika. Pojawiają się w nich elementy ciekawe dla dzieci: niebo, święci, anioły, zwierzęta, mama i tata. Wśród wierszy wybranych są i takie, które poruszają ważne problemy: duchowa bezdomność, brak wiary, czas, śmierć, dorosłość, sprawiedliwość, rachunek sumienia. Nie są to słodkie wierszyki – trzeba się skupić, zastanowić. Jest to poezja dla dzieci – ale to jednocześnie poezja wymagająca.

Książka jest bardzo starannie wydana, na każdej rozkładówce ilustracje Marty Kurczewskiej  wstęp (o tym najpierw powinnam była napisać) wspomnienia Joanny Papuzińskiej związane z osobistymi przeżyciami poezji księdza Jana.


Wydawnictwo Nasza Księgarnia



poniedziałek, 18 stycznia 2016

Miód na naszym stole. Element diety. Często pojawia się w naszych domach. Jest i będzie. Nie chce się nawet myśleć – skąd? Tymczasem powstawanie miodu jest swego rodzaju cudem natury, o czym niewielu z nas wie. Oczywiście – miód robią pszczoły. Tak, tak te „groźne” stworzenia, które mieszkają w ulach albo leśnych dziuplach. Oczywiście znane i z „Kubusia Puchatka”. Słynna scena z balonikiem i bolesna próba podkradania smakołyku owadom. O tym jak powstaje miód i jaki tryb życia prowadzą jego główne sprawczynie – można dowiedzieć się z książki Katarzyny Bajerowicz i Marcina Brykczyńskiego. Kolejny ciekawy tytuł w ramach serii: „Opowiem ci mamo”. Części narysowane przez panią Kasię cenimy przede wszystkim, bo oprócz pięknych ilustracji zawierają mnóstwo ważnych informacji i ciekawostek.

Pszczoły fascynują. Widać to na przykład na festynach, na które zaproszony został pszczelarz. Często można popatrzeć co robią pszczoły za szybą, można spróbować świeżutkiego miodu na waflu, prosto z pasieki. Ludzi wtedy na takim stoisku mnóstwo, nie można się dopchać. W tej kolorowej książce też można podpatrzeć co robią pszczoły. Ale najpierw wizyta w ogrodzie. To tam ma swój początek miód. Widzimy jak pszczoły pracowicie uwijają się wśród kwiatów kwitnącej jabłoni, na łące, potem w ulu. Katarzyna Bajerowicz przedstawiła pszczoły w bajkowy sposób: owady latają od kwiatka do kwiatka z malutkimi wiaderkami. Oczywiście w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej, co autorka w klarowny sposób wyjaśnia. Kto ma ogród z kwiatami, w słoneczną pogodę może zaobserwować, jak pszczoły oblepione pyłkiem co rusz podlatują do kolejnej roślinki. Ciekawskim zdradzę już teraz, że pszczoły mają na tylnych nóżkach specjalne koszyczki ze szczecinkami do przytrzymywania zebranego pyłku. Dzięki lekturze dzieci dowiedzą się … jak powstaje miód, jak zbudowana jest pszczoła, dlaczego pszczoły w ulu często tańczą, jak wygląda życie w ulu i jakie zadania do wykonania mają: pszczoły strażniczki, trutnie, robotnice, Matka, pszczoły ulowe. Rzeczowe teksty ubogacił poezją Marcin Brykczyński – z humorem i przymrużeniem oka pozwala nam spojrzeć na malutkie owady i świat dookoła. Autorka zachęca do twórczej aktywności: podpowiada jak zrobić pszczoły między plastrami miodu, i jak założyć ogród dla pszczół. Zapewniam, że po tej książce zwykły miód na naszym stole nie będzie już takim zwykłym miodem. A gdy do tego zdamy sobie sprawę, że aby wyprodukować 1 kg miodu potrzeba wizyty pszczoły na 4 milionach kwiatów, to już nigdy nie mrugniemy okiem przy uiszczaniu zapłaty, bowiem miód jest swojej ceny wart. Ten prawdziwy oczywiście.

Mam duży sentyment do pszczół, choć czuję przed nimi respekt. Wiadomo: mogą użądlić, ale jednocześnie pełnią arcy – ważną rolę na naszym globie. Szkoda, że o tym tak mało się mówi. Może wtedy nasze polskie nastawienie do ogrodów by się zmieniło? Może zamiast wszechobecnych – tylko tui w ogrodach i trawników, zaczęlibyśmy sadzić więcej kwiatów i kwitnących krzewów? Kiedy kilka lat temu obejrzałam alarmujący film dokumentalny o pszczołach i celowych zabiegach angielskich ogrodników, by te małe owady wabić do ogrodów, razem z mężem wiedzieliśmy, że gdy tylko zacznie dojrzewać myśl o ogrodzie, pojawią się w nim rośliny, które będą przyciągać te małe stworzenia do naszego „raju”. Mało tego: znane całym świecie wystawy ogrodnicze i kwiatowe w Wielkiej Brytanii często jako temat przewodni obierają sobie właśnie powrót do natury, przyciąganie owadów – dzięki którym, jak się okazuje, jeszcze jesteśmy i mamy się (podkreślam słowo „jeszcze”) całkiem dobrze. W tej chwili u mnie wygląda to tak: dom obrośnięty z dwóch stron dzikim winem jest mekką dla pszczół, na grządkach mnóstwo kwiatów: w tym moich ukochanych róż, lawendy, ostróżek. Latem były pszczoły – a jakże, ale również chmary pięknych motyli. Czasem nie doceniamy tego, co mamy. Nie dbamy o to, co jeszcze się ostało. Kilka lat temu podczas wizyty w Bawarii zwiedzałam ogród naturalistyczny, który założył starszy pan, za grube pieniądze: swoje oszczędności i środki unijne. Uśmiechałam się trochę pod nosem, bo to, co u niego rośnie za grube euro, u nas można spotkać na rowie za rogiem, pod lasem. Tam rolnicy tak skutecznie walczyli z chwastami, że z krajobrazu poznikały (nie chcę pisać, że wyginęły) niektóre pszczoło-nęcące, miododajne rośliny. Kiedy słucham gawęd dyrektora warszawskiego zoo – doktora Kruszewicza, miło dowiedzieć się, że chcą u nas mieszkać i ptaki, i pożyteczne owady. Są kraje, z których wyniosły się bociany. A u nas – proszę jest nawet bociania wioska. I cieszę się prywatnie, że powstają takie książki jak „Miód”. Dzieci mogą poznać drogę tej słodkości od kwiatka na stół, ale jednocześnie oswajają się z przyrodą, bez której człowiek zginie, z czego na co dzień w ogóle nie zdajemy sobie sprawy.

Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

niedziela, 17 stycznia 2016

No tak – za oknem zima szaleje – śnieg, mróz, a dzięki opowiadaniu Adama Bahdaja możemy się trochę … ogrzać. Rzecz dzieje się bowiem w dalekiej Afryce. Mała żyrafka Ra-Fa-Nu chce bardzo, by małpka Ku-Mi zrobiła jej fotografię. Ale wiadomo – żyrafę wcale nie tak łatwo uwiecznić na zdjęciu. Zrobić górę, to dołu brakuje. Zrobić dół – to na odwrót. Zrobić środek – piękny i dostojny cętkowany tułów – nie ma na fotografii ani ładnych i zgrabnych nóg, ani sympatycznego pyszczka. I kiedy żyrafka kategorycznie żąda zwrotu pieniędzy i martwi się co powiedzieć mamie, do akcji wkracza stary i doświadczony hipopotam Bao-Bi, który znajduje na szczęście wyjście z kłopotliwej sytuacji.

Drugie opowiadanie dotyczy wyścigu ślimaków. Wygrywa ten – uwaga, kto … ostatni dotrze na metę. Pafnucy, Onufry, Bonifacy i prawie setka innych ślimaków stanęła na starcie. Onufry cały czas kombinuje, by być najpowolniejszym. Tymczasem Pafnucego co rusz ktoś prosi o pomoc. Ślimak zżyma się trochę, ale zawsze służy pomocą. Ślimak nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że czynione przez niego dobro przyczyni się do jego zwycięstwa.

„Najpiękniejsza fotografia” i „Wielki wyścig” (w jednym tomie) to kolejna propozycja dla tych, którzy uczą się angielskiego. Obok obcojęzycznej wersji – tekst w rodzimym języku. W razie potrzeby można zerknąć na polski tekst, można porównywać, szukać wyrazów i sprawdzać swoje umiejętności. Książka została ładnie zilustrowana przez Jana Zielińskiego.

Wiek 5+

Wydawnictwo Literatura

sobota, 16 stycznia 2016

„Bieguny” to kolejna, atrakcyjna propozycja wydawnictwa Widnokrąg – po „52 tygodniach” (wspaniała) i „Lesie i jego zwykłych - niezwykłych mieszkańcach” (zaskakująca). Niepozorna książka, na kołonotatniku, mieści się akurat w małej ręce. Na okładce i w środku różne odcienie bieli – taka jest zima na biegunach. Bardziej zimowa niż u nas. Tam biały wprost szaleje. Ponoć sami Inuici mają kilkadziesiąt określeń na kolor „biały”. Bielą bawi się również Justyna Styszyńska. Przenosi nas na koniec świata, na Arktykę i Antarktydę. Uświadamia tym samym dzieciom, że niedźwiedź polarny nigdy nie spotka się z pingwinami – choć obydwa gatunki chyba najbardziej tkwią w dziecięcej świadomości jako reprezentanci biegunów – tyle że oddalonych od siebie o tysiące kilometrów. I aż się prosi, by obydwa zwierzaki ustawić obok siebie – nic z tych rzeczy – to niemożliwe. Książka jest podzielona na dwie części.

Najpierw Arktyka – krótki opis i przedstawienie jej mieszkańców: niedźwiedzia polarnego, zająca polarnego, sowy śnieżnej, renifera, lisa polarnego, wilka polarnego i morsa arktycznego. Następnie Antarktyda – to tutaj, na południu, które było nie było, kojarzy się z ciepełkiem, znajdziemy pingwina cesarskiego. Ale nie tylko – na biegunie mieszkają również: albatros królewski, słoń morski, foka. Sposób przedstawienia – podobny jak w pierwszej części.

Na końcu spora ilość naklejek, które można wykorzystać przy tworzeniu swojego biegunowego świata. Zestaw uszu, oczu, pyszczków, poroża, kłów, całych postaci, które można ponaklejać w przeznaczonych do tego miejsca – specjalnie pustych i przygotowanych na kreatywne dziecięce działanie. Można pobawić się wyobraźnią – dozwolone jest biegunowe szaleństwo. Dopuszcza się tworzenie nowych gatunków – stworów. Może będzie to sowo zając, albo może fokoniedźwiedź? Nadeszły ferie – a z tą książką na pewno dzieci nie będą się nudzić.

Wiek 6+

Wydawnictwo Widnokrąg

 

piątek, 15 stycznia 2016

Kolorowanki dla dorosłych. Jakiś czas temu (przynajmniej w takiej formie i skali) było to nie do pomyślenia. A jednak od niedawna opanowały one również i dojrzałą świadomość. Takie kolorowanki są u mnie w domu, i u znajomych. Jako umilacz czasu, odstresowacz, element relaksujący, odskocznia od codzienności. Mnóstwo zakrętasów, małych elementów zmusza do tego, by się skoncentrować, wyciszyć, skupić. W końcu ta książka to również element zaskakujący otoczenie: „Mamo, to ty k-o-l-o-r-u-j-e-s-z?” Taaaak, zdarza mi się i kolorować i koloryzować:) Jeśli ktoś w dzieciństwie czytał „Tajemniczy ogród” może sobie wyobrazić, że świat stworzony przez Johannę Basford to swego rodzaju powrót do tego miejsca. Zresztą tytuł jej książki poniekąd nawiązuje do lektury sprzed lat. Jest i nawiązanie do innej lektury: królicza nora i zaproszenie do zanurzenia się w nią kojarzy się od razu z Alicją. Liściaste labirynty, florystyczne esy floresy, stare drzwi z zabytkowymi okuciami, które kuszą, by ukradkiem zobaczyć, co za nimi się znajduje. Fantastyczne topiary w kształcie zwierząt i figur geometrycznych. Mnóstwo kwiatów, krzewów, drzew. Są i mieszkańcy ogrodu: chrabąszcze, ptaki, motyle, pszczoły, ryby, żaby. Jest tajemnicza studnia, dostarczycielka wody. I strach na wróble – sympatyczny jegomość, który bardziej pełni funkcję ozdobną, bo ptaki przed nim w ogóle nie czują respektu. I narzędzia ogrodnicze, i składzik na nie, schowany gdzieś w kącie. Oprócz gotowych form do wypełniania, można pobawić się również w rysowanie. Wolne miejsca można wypełnić rojem trzmieli, płatkami kwiatów, kompozycją pnączy i margerytek, motylami, kwiatami, listkami.

Książka ma format kwadratu i jest wydrukowana na papierze, który dobrze chłonie kolor. Z doświadczenia moich dzieci wiem, że to ważne, bo są kolorowanki, których nijak nie da się pokolorować. Papier jest przyjemny w dotyku, ma bardziej surową fakturę, na którą dobrze nakłada się kolor.

Jest zima – a tym samym więcej czasu. Można wyciszyć się, można zatęsknić za wiosną i latem, i za …pracami w ogrodzie. I można również pokolorować ogród.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia



czwartek, 14 stycznia 2016

„Srebrny dzwoneczek” miał swoją premierę kilka lat temu. Od momentu jego ukazania się zdobywa ciągle rzesze nowych miłośników. Mnie zainteresował z dwóch powodów – nie ukrywam: byłam ciekawa jak wypadł duet córki i mamy. Emilia Kiereś napisała tekst, a Małgorzata Musierowicz wszystko wyraziła w ilustracjach. Drugi jest taki  - kiedy rozmawiałam ze znajomą o książkach zwróciła uwagę na to, że ta opowieść napisana jest piękną polszczyzną. Właściwie trzeba by się pokusić o stwierdzenie, że skoro coś zostaje wydane, zawsze tekst powinien być miły w odbiorze. Tak niestety nie jest. W przypadku „Dzwoneczka” tekst działa jak balsam na duszę. Czytelnik poznaje losy bohaterów, przenosi się gdzieś na sielską prowincję, a jednocześnie smakuje wyśmienitą literaturę. W dobie wszechobecnej językowej bylejakości – to duży atut.

Z okładki spogląda twarz Marysi, która za chwilę, po wakacjach ma pójść do pierwszej klasy. W dodatku niedługo na świecie pojawi się nowy członek rodziny. To jest główny powód, dlaczego Marysia znalazła się u swojej cioci na wsi. Przed nią kilka tygodni wakacji: w domu z ogrodem, na świeżym powietrzu. Tyle tu nowych rzeczy, zwierząt, ludzi. Marysia nie należy do odważnych istot – wszystko ma swój czas, z niektórych rzeczy potrafi zrezygnować, żeby tylko nie musiała się z bardzo angażować. I chce, i nie chce – niekiedy trudno ją rozgryźć i zrozumieć. Te kilka tygodni pobytu na wsi spowodują w Marysi ogromną przemianę. Stanie się to między innymi dzięki znajomości z tajemniczą sąsiadką, u której w ogrodzie na drzewie wisi mnóstwo srebrnych dzwoneczków.

Emilia Kiereś stworzyła portret dziecka wrażliwego, nie gotowego na życie szybkie, głośne i nowoczesne. Zwraca uwagę na osobowość dziecka – jego delikatność i czystość w współczesnym „zabieganym” i często brutalnym świecie. Wszystko ma swój czas, do wszystkiego można dojrzeć – ale powoli. Dziecku należy dać czas, by samo posmakowało trudu, podjęcia decyzji, refleksji. Autorka wybrała do swojej opowieści piękną scenerię. Przyroda aż kipi z kart książki. To wspaniały pomysł. Człowiek wyszedł przecież z natury – nic dziwnego, że Marysia odnajduje siebie szybko wśród kwiatów i drzew w ciotecznym ogrodzie, w towarzystwie zwierzaków i dobrych ludzi. Pani Emilia sięgnęła tutaj do korzeni – widzi małego człowieka w ścisłym związku z przyrodą. Natura jest tu nie tylko tłem, ona na swój sposób zaczyna modelować plastycznie osobowość małej dziewczynki zagubionej w nowoczesnym świecie. Pięknie uchwyciła to Małgorzata Musierowicz, która mi tu sprawiła również miłą niespodziankę. Przyzwyczajona do jej czarno- białych ilustracji charakterystycznych dla Jeżycjady tutaj „kusi” akwarelowymi plamami, widoczkami. W środku zimy, gdy śnieg akurat sypie za oknem chciałoby się wejść w ten gąszcz zieleni. Ot tak po prostu.

Wiek 6+

Wydawnictwo Akapit Press

środa, 13 stycznia 2016

Gratka dla dzieci, które są bardzo ciekawe świata. Jak to jest żyć w innym zakątku globu? Takie pytania pewnie nie raz stawiają najmłodsi. Książka autorska Michaliny Rolnik odsłania wiele tajemnic i pokazuje w jakich domach mieszkają dzieci poza Polską. Przedstawia również jak te dzieci wyglądają, jakie tradycyjne stroje noszą. Dwadzieścia niezwykłych miejsc oddalonych od nas o setki i tysiące kilometrów. Na każdej rozkładówce znajduje się dom charakterystyczny dla danego kraju i informacja któż taki  w nim mieszka. Imię jest specyficzne dla danego kraju. Wiele z tych imion zabrzmi dla dzieci egzotycznie, ale to tylko dodaje uroku lekturze. Dobrze wiedzieć, że świat nie składa się z rodzimych Julek, Pawełków i Tomków. Dzieci świata mają na imię: Ingrid, Nanuk, Manolo, Pilpintu, Zodwa, Tuui, Ami, Kostas i Pire. Mnie spodobał się pomysł, by Polskę reprezentowała … Hania. Dziś imię nie na czasie – ale piękne i tradycyjne.

Dzieci mają różny kolor skór i mieszkają w różnych domach: w Norwegii w  czerwonych i drewnianych, w Hiszpanii ozdobionych pięknymi płytkami, w Grecji z niebieskimi okiennicami, w Japonii z papierowymi ścianami.  To pokazuje jak różnorodny jest świat. Tam gdzie nas nie ma jest często inaczej, po prostu ciekawie. Może spowoduje to pierwsze podróżnicze marzenia – by kiedyś w przyszłości wyjechać w świat? Kto wie? Może niejedna podróżnicza kariera będzie miała właśnie początek dzięki lekturze „Zakątków”? Niewątpliwie „Zakątki” inspirują najmłodszych. Wędrówka przebiega przez różne kraje i kontynenty: Chile, Peru, Meksyk, USA, Grenlandię, RPA, Etiopię, Algierię, Egipt, Indonezję, Tajlandię, Indie, Mongolię, Japonię, Grecję, Hiszpanię, Francję, Polskę, Norwegię.


Książka jest bardzo ładnie wydana – kolorystycznie stonowana, bez zbędnych ozdobników. Dzięki temu dzieci koncentrują się wyłącznie na postaciach, elementach strojów i budynków. Grube kartonowe karty pozwalają na wielokrotne przeglądanie. Mało tekstu zachęca do czytania pierwszych wyrazów. Kolejna ciekawa propozycja z naszego podwórka – i pomysł i realizacja – fantastyczna. Jest się czym pochwalić.

Wiek 3+

Wydawnictwo Dwie Siostry

 

wtorek, 12 stycznia 2016

Zawsze z ciekawością sięgam po nową książkę Katarzyny Ryrych. Autorka wnikliwie porusza problemy młodych ludzi. Stąd w tym przypadku dosyć duże zaskoczenie, bowiem na plan pierwszy „Pepy w raju” wysuwa się dojrzała reżyserka, w wieku… zaawansowanym. Przeżywa kryzys w życiu zawodowym i rodzinnym, trochę niedopieszczona przez krytyków i bliskich, decyduje się wyjechać na przegląd swoich filmów do małego miasteczka, gdzieś na szarą prowincję bez porządnego hotelu i sali kinowej. Tu na miejscu cel jej wizyty czyli udział w przeglądzie i związane z nim splendory zostają przesunięte na plan dalszy, uwagę zaczyna zwracać młody człowiek – organizator imprezy. Michał zaczyna zwierzać się Annie z tajników swojego życia. Opowiada o miłości do Pepy. Chwile oswajania się z sobą, etap poznawania się, zakochania. Nie jest to miłość jak z seriali, gdzie wszystko łatwe i piękne. Młodzi mają pod górkę, ale świetnie dają sobie radę i gdy zdawałoby się, że wszystkie przeciwności zostały pokonane, pojawia się zmora w postaci nieuleczalnej choroby.

Historię Pepy i Michała poznajemy z różnych perspektyw. Pojawia się w opowiadaniach rówieśników i mieszkańców miejscowości. Nieopowiedziane wprost – w formie niedopowiedzeń, małych koralików, z których należy ułożyć całość. Malutkimi kroczkami Anna uparcie składa całą tę układankę. Tym samym docierają pewne prawdy o niej samej. Miłość dwójki nastolatków pozwala przyjrzeć się jej rodzinie i związkowi. Zakończenie rokuje happyend – można pokusić się o stwierdzenie, że coś co się skończyło dla innych, oznacza również początek czegoś nowego dla Anny.

Katarzyna Ryrych w słowach Michała pięknie pokazała miłość nastolatków. Bez barokowych ozdobników, wielkich słów. Są małe ale ważne gesty, jest miłość dwojga ludzi, w której liczy się być, a nie mieć. Przeczytałam z przyjemnością jako rodzic.

 

Wiek 14+

Wydawnictwo Literatura

 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

„Sto bajek” Brzechwy to pozycja nieśmiertelna, lubiana przez kolejne pokolenia. I jak każdy, kto czyta wiersze Brzechwy, zaraz zabieram się do wspominania. Do ulubionych utworów, wydań, ilustracji, przedstawień szkolnych i przedszkolnych moich dzieci, które wykorzystują te wiersze w edukacji. W przypadku Brzechwy (i Tuwima) to nieuniknione.

Pojawiają się tu i ówdzie poetyckie „nowalijki”, jednak klasyka ma tak wysoki poziom, że naprawdę trudno ów poziom osiągnąć. A może to kwestia przyzwyczajenia? Może za głęboko siedzą w człowieku te ryby, żaby i raki, oto miś, na straganie w dzień targowy, nad rzeczką opodal krzaczka, entliczek pentliczek, czerwony stoliczek. A nowe przecież też ciekawe, warte uwagi. Jednak w poezji Brzechwy jest coś takiego, co przyciąga już kolejne pokolenie. To swego rodzaju „pokoleniowy” łącznik. Młodzi poeci muszą sobie na taką renomę jeszcze zapracować.


„Sto bajek” to trochę mylący (na naszą korzyść) tytuł, bowiem w środku znajduje się sporo ponad stu obiecanych wierszowanych bajek. Wśród nich są poetyckie tuzy, wiecznie młode, przytaczane w setkach tysięcy domów i piaskownic.

Są i perełki mniej znane, gdzieś zasłyszane, ale nie w pamięci. Jest to, co w krajobrazie dzieciństwa najważniejsze: przyroda z roślinami, zwierzętami, wymyślonymi postaciami. Jesteśmy w końcu my – przedstawieni w  krzywym zwierciadle: ziewający,  zaspani, skarżący, porywający się z motyką na słońce, plotący androny. Może to jest właśnie tajemnica sukcesu wierszy. Brzechwa uczył jak spojrzeć na siebie z poczuciem humoru, jak śmiać się z wad. Tego czasem nam Polakom brakuje. A tu proszę – edukacja na całego od małego.


Książka jest ładnie wydana z ilustracjami Ewy Podleś. Czcionka - duża i wyraźna, szeroka interlinia - co ważne nie tylko dla początkujących czytelników, ale i czytających wnukom dziadkom i babciom. Sztywna oprawa, dobrej jakości papier. 

Wiek 2+

Wydawnictwo Skrzat