Archiwum
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 31 stycznia 2010
sobota, 30 stycznia 2010

Ella jest boska!!! W Finlandii to już postać kultowa, nakręcono film na podstawie tej książki. Jeśli ktoś lubi Mikołajka Goscinnego, pokocha i Ellę. Jestem tego pewna. Wszystko kręci się tu wokół Elli – siedmiolatki, uczennicy pierwszej klasy, jej kolegów i pana nauczyciela - wychowawcy. Bohaterka opisuje zwykłe szkolne dni – z  własnej perspektywy, z dziecięcą naiwnością, ale i logiką. Jej koledzy z pierwszej klasy to: wszystkowiedzący Tuukka, nigdynicniewiedzący Pate,  beksa Samppa i  tropicielka wszelkich sensacji - Hanna. Jest jeszcze pan wychowawca, prześladowany przez szantażystę, tak przynajmniej twierdzi klasa Elli. Co wyniknie z tych podejrzeń? Cała masa zwariowanych i śmiesznych zdarzeń. Ella gwarantuje świetną zabawę i dużo śmiechu. Szkoła w tej książce to miejsce, które da się lubić, a czasem dzieje się tyle, że ho ho.

Krótkie rozdziały, szybka akcja i duża czcionka z pewnością zachęcą początkujących czytelników do pierwszych odkryć literackich na własną rękę.

Wiek 6+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Tym razem do konkursu - loterii chciałabym zaprosić Wasze dzieci. Jeśli narysują swoje ulubione zwierzątko (technika dowolna – kredki, farby, wyklejanki),  i przyślą pod wskazany adres, wezmą udział w losowaniu jednej z najważniejszych książek roku 2009. Ukazała się niedawno, pachnie nowością. To Księga dżungli Kiplinga, w tłumaczeniu Andrzeja Polkowskiego (tłumacz m.in. Harry’ego Pottera) Niezwykłe ilustracje Józefa Wilkonia (ponad 90 na 230 stronach!) nie wymagają komentarza. Jeśli ktoś czytał recenzję, zna achy i ochy mojego autorstwa.

 

-Konkurs jest dla dzieci 3-10 lat

-Konkurs trwa od 30.01.2010 r. do 21.02.2010 r. Liczy się data stempla pocztowego. Ogłoszenie wyników w niedzielę 28 lutego 2010r.

-Rysunek zostanie wybrany w drodze losowania. Tak więc można zmobilizować najmniejsze maluchy, a wiem z własnego podwórka, że mają często niesamowitą wyobraźnie i …kto wie, może los się do nich uśmiechnie.

-Chętnych proszę o zgłoszenie uczestnictwa na adres mailowy: be.el@gazeta.pl

Wówczas podam adres, na który należy przesyłać prace.

-Rysunki proszę podpisać – imię, wiek dziecka, adres mailowy, na który będę mogła przesłać informację o wygranej.  

Za książkę dziękuję wydawnictwu Media Rodzina.

środa, 20 stycznia 2010

Od dłuższego czasu interesuje mnie zagadnienie leworęczności. Moje starsze dziecko (5 lat) posługuje się najczęściej lewą ręką – rysuje, pisze, w pizzerii zamienia miejsce noża i widelca, tnie odwróconymi nożyczkami, daje cześć lewą ręką, żegna się jak wierni prawosławni, a nawet czasem wleje młodszemu bratu lewym sierpowym. Młodszy zresztą zaraz oddaje, też lewym sierpowym – i wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że też będzie lwiątkiem. Obaj poznają powoli naszą codzienną rzeczywistość – przystosowaną dla praworęcznych – hamulce przy ich rowerkach są po prawej ręce, Tomek nalewając mleko z rondelka wylał wszystko, mimo że miało lecieć z dzióbka prosto do filiżanki, zapięcie przy kasku rowerowym też nastręcza trochę trudności, a gdy chce pograć na mojej gitarze, nie wie jak ją ugryźć. Przy aparacie fotograficznym też są problemy z przyciskiem (oczywiście, jeśli tata pozwoli). Jestem ciekawa, jakie szkolne przygody jeszcze przed nami.

Marta Bogdanowicz zauważa, że pierwsze przejawy dominacji ręki można zaobserwować począwszy od III kwartału pierwszego roku życia. U wielu dzieci na przełomie wieku poniemowlęcego i przedszkolnego (szczególnie w 4 r.ż.) przewaga jednej ręki nad drugą staje się wyraźna, a u większości dzieci zaczyna dominować ręka prawa. Lateralizacja czynności ruchowych rąk (czyli dominowanie jednej z półkul mózgowych, inaczej stronność, zjawisko przewagi funkcjonalnej), ustala się zwykle na przełomie wieku przedszkolnego i szkolnego (6-7 r.ż). Ostatecznie jednostronna lateralizacja czynności ruchowych wykształca się w wieku 12-14 lat, na przełomie młodszego i starszego wieku szkolnego (Zazzo1960) [Leworęczność u dzieci, Marta Bogdanowicz, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, 1992]

Czyli, jeszcze może się coś zmienić, tylko że na podstawie moich obserwacji, u Tomka jest wyraźna dominacja prawej półkuli.

Całkiem niedawno zdałam sobie sprawę z tego, jak przez wieki cała ludzkość piętnowała leworęcznych (nazwa mańkut – nie może przejść mi przez gardło – od włoskiego manca – lewa ręka. Ja na swoich smyków mówię – lwiątka, lew(y) to lew(y) w końcu, no nie? – silny i groźny, zdeterminowany) Zwróćcie uwagę na to, że wszystko, co jest związane z wyrazem – prawy, jest lepsze. Natomiast – lewy – jest be:

- wstać lewą nogą

-żona z „lewej ręki” (żona nieślubna)

-dziecko z lewego łoża

-ożenić się na lewą rękę (pożycie małżeńskie bez ślubu)

-lewe dokumenty

-dorabiać na lewo

-ktoś jest „lewus”

-mieć lewe ręce do roboty

-lewa strona tkaniny – jest zawsze brzydsza, gorsza

-na Sądzie Ostatecznym grzesznicy mają być po lewej stronie

 

Dla mnie lewy znaczy ciekawszy. Jest to z pewnością wyzwanie dla rodziców, bo po lekturze kilku lektur zdaję sobie sprawę z tego, że dzieci leworęczne częściej mają trudności w szkole, częściej się zniechęcają przy nauce pisania i czytania. Choć nie musi to być oczywiście regułą. Jednocześnie wielu rodziców krzepi się informacjami, że wśród sławnych osób była ogromna rzesza leworęcznych. Może i tak, ale czy bycie leworęcznym nobilituje? Skoro przez wieki leworęczni byli dyskryminowani, nie należy powielać takich negatywnych praktyk.  Najważniejsze jest dziecko – by uczyło się pokonywać trudności, swoim tempem, w przyjaznej atmosferze, przy dużym wsparciu. Z mojego (krótkiego) doświadczenia mogę powiedzieć, że poszerzanie wiedzy w tym zakresie ułatwia życie, pozwala zrozumieć i działać. Do tematu wkrótce wrócę. Pozdrawiam. Mama dwóch lwiątek.

 

 

wtorek, 19 stycznia 2010

Jeśli chodzi o książki dla dzieci o TACIE, to tata niestety przegrywa z mamą z kretesem. Wystarczy porównać ofertę. Nie jest najgorzej, ale różnica jest i to znaczna – a przecież obecność taty jest tak samo ważna, jak ta mamina. Obecny – trochę inaczej – najczęściej dłużej pracuje, mniej go przy codziennych rytuałach – myciu, przebieraniu, czytaniu przed snem. Bardziej szalony niż mama, zwariowany w zabawach. Tak jest przynajmniej u nas. No i jeszcze te całusy, strasznie kłujące. Kaktusy.

Tato to pierwsza książka tego typu na naszej półce. Ze wstydem przyznaję, że zadbałam o swoje, a całkowicie zaniedbałam tę inną sferę, a jakże ważną. Mama Czarodziejka, Mama Mu, Mama Indianka i inne. Biję się w piersi i nadrabiam zaległości.

Mały Tomek (O! Mamo, jak ja!!!) bardzo tęskni za swoim tatą. Niby taki maluch, co on może wiedzieć. A jednak. Chłopiec patrzy na świat za oknem i zastanawia się, gdzie jest tata, czym się zajmuje właśnie w tej chwili. A gdyby tak przyszedł, można by z nim robić tyle fajnych rzeczy – bawić się, grać w różne gry, wygłupiać się. W oczach chłopca tata jest jak superman, który zawsze da sobie radę – krokodyle, wulkany, duchy? Phi, toż to czyste żarty dla niego. Przecież on tak dużo wie, tak wiele umie. Jest dla Tomka prawdziwym autorytetem.

Zachwyciła mnie ta książka i w pewnym momencie …przestraszyła. W trakcie czytania dzieciom (ad hoc) – zaczęłam zastanawiać się, dokąd to wszystko prowadzi, jak się skończy historia. Uff – kamień spadł mi z serca – historia kończy się sceną przy oknie, którą można w różnoraki sposób zinterpretować. Powiem nawet – według potrzeb. Chłopiec czeka nadal na tatę – a ten może jest w podróży, może w pracy. Być może rodzice są rozwiedzieni, może tato nie żyje – i dziecko za nim tęskni. My dopowiedzieliśmy sobie tę historię. Bo to w końcu historia o naszym Tacie, który ma takie same cechy charakteru. (Imię dziecka Tomek też się zgadza)

Tata jest… na budowie! Tak stwierdzili moi synowie. Bo tak jest w rzeczywistości. Tata znika na całe popołudnia, wieczory, a maluchy najpierw stoją przy oknie i  wypatrują samochodu, a potem, gdy już jest ciemno, leżą i nasłuchują warkotu silnika i charakterystycznego chrzęstu bramy garażu. Zdaję sobie sprawę, że w niektórych rodzinach różnie się układa. Stąd też mogę powiedzieć, że w takiej sytuacji to książka poniekąd dla odważnych – umieć pokazać dziecku obraz ojca w pozytywnym świetle. To książka przyczyniająca się niewątpliwie do utrzymywania dobrych i ciepłych kontaktów.

Tata został przedstawiony w książce jako barczysty, postawny, energiczny mężczyzna, Taki superman z aureolą (na okładce) i w poświacie. Bije od niego jakaś jasność i ciepło, które bardzo ogrzewają serducha maluchów. Cieszę się, że mamy tę książkę na półce. 

Wiek 1+

Wydawnictwo EneDueRabe

 

 

niedziela, 17 stycznia 2010

Już sam wyraz księga, w jakimkolwiek tytule, sprawia, że traktuje się ją nie jako zwykłą książkę. Bo księga to księga. Ma w sobie coś dostojnego, pełnego powagi, piękna, zawiera ważne informacje, niekiedy przesłanie – a wszystko to sprawia, że nie można obok księgi przejść obojętnie. Nowe wydanie Księgi dżungli obudziło od razu we mnie takie odczucia. Rzadko piszę o moim pierwszym wrażeniu ze spotkania z książką, ale tu nie mogę odmówić sobie tej przyjemności. Oniemiałam z zachwytu. Tak po prostu. Odebrało mi mowę, dech, aż w końcu moje dziecko musiało zapytać – Mamo, coś się stało? No cóż, mole książkowe tak mają. Zanim książka znalazła się na naszej półce, znałam kilka ilustracji Józefa Wilkonia, ale to, co znalazłam w całej Księdze, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pisząc o książkach, często nadmieniam, że czytając moim dzieciom, robię niejako drugie okrążenie – wiele książek, po które sięgamy, czytałam kiedyś sama, baaardzo dawno temu. Nie wiem, jak to się stało, że Kipling nigdy wcześniej nie trafił w moje ręce. Stąd też teraz z największa przyjemnością przeczytałam po raz pierwszy Księgę dżungli – dla siebie, ponieważ Tomek jest jeszcze za mały.

Księga zawiera siedem opowieści: Bracia Maugliego, Łowy węża Ka, Tygrys! Tygrys!, Biała foka, Riki-tiki-tawi, Tumaj Słoniomistrz, Słudzy Jej Królewskiej Mości i czternaście Pieśni na początku i końcu każdego z rozdziałów, wykonywanych w przeważającej części przez zwierzęta. Tylko trzy pierwsze opowieści stanowią jedną całość – mały chłopiec Maugli zostaje przygarnięty przez wilki – na początku jest traktowany jako jeden z nich, jednak w miarę dorastania, gdy coraz bardziej uwidaczniają się jego cechy charakteru – szlachetność i mądrość, chłopiec zaczyna budzić niechęć wśród stada i liczba jego wrogów się powiększa. Jednym z nich jest tygrys - kuternoga – Szir Chan, który chce zabić chłopca. Maugli próbuje żyć wśród ludzi – jednak kończy się to fiaskiem. Tak naprawdę egzystuje gdzieś na pograniczu – balansuje między światem ludzi i zwierząt.

Biała foka Kotik, żyjąca w miejscu zwanym Siewiernowostoczna, jest świadkiem zabijania fok przez okrutnych ludzi. Pragnie znaleźć bezpieczne miejsce – gdzie foki mogłyby żyć bezpiecznie.

Riki-tiki-tawi – to ichneumon, przygarnięty przez rodzinę z małym chłopcem. Małe zwierzątko stacza walkę z kobrami – Nagiem i jego żoną Naginą ratując tym samym życie ludzi.

W opowieści Tumaj Słoniomistrz – mały chłopiec staje się świadkiem tańca słoni. Było mu dane zobaczyć to, co było ponoć wymysłem ludzi. Daleko w samym środku dżungli…

W Sługach Jej Królewskiej Mości czytamy o zwierzętach służących w armii brytyjskiej.

 

W Księdze dżungli znajdziemy mnóstwo informacji o świecie zwierząt – gdzie wszystko rządzi się swoimi prawami – jasnymi, zrozumiałymi i przede wszystkim sprawiedliwymi. Ukazano też stosunek człowieka do zwierząt - jakże wielkie okrucieństwo tkwi w nas. Zwierzęta, nawet te najbardziej niebezpieczne, budzą we mnie ciepłe uczucia – Matka Wilczyca, przed którą czuje strach sam Szir Chan; pantera Bagira, która dała za Maugliego byka w ofierze, wielka przyjaciółka chłopca; niedźwiedź Balu – nauczyciel wilków i ludzkiego szczenięcia – wiedzący wszystko o prawach panujących w świecie zwierząt. Oj, do Księgi można się przytulić w te zimne styczniowe i zaśnieżone dni – i cudnie ogrzać.

Czas na ilustracje – tu znów daje się słyszeć moje westchnienie. Księga liczy sobie 230 stron, z czego ponad 90 ozdabiają ilustracje – niektóre duże, rozplanowane na dwóch stronach, przedstawiające niekiedy wręcz serie obrazów do jednej sceny. Inne z kolei małe, malutkie. Dominuje kolor czarny – wiele dzieje się w nocy, poza tym w dżungli, tam gdzie toczy się większość scen, nawet za dnia panuje ciemność. Czerń błyszczy się, postacie zwierząt i ludzi często rozmazane, widać tylko kontury – mistrz co rusz rozjaśnia gęstą ciemność mieniącym się złotem, srebrem, pomarańczą i bielą. Sceny rozgrywające się w ogrodzie i oceanie ukazane zostały w jaśniejszej tonacji. Kolor czarny rzadko spotyka się w ilustracji dziecięcej. Józef Wilkoń nie boi się takich eksperymentów, co udowodnił już w książce Zbigniewa Żakiewicza Pan Tip - Top. Dla mnie Księga dżungli to Książka Stycznia. Nie tylko ze względu na ilustracje - to przede wszystkim niesamowity tekst Kiplinga, na nowo spolszczony przez Andrzeja Polkowskiego, dzięki czemu ponad stuletnie dzieło (1894) jest bardzej przystępne i zrozumiałe. Poetycka proza, działająca na wyobraźnię, słowa dobierane z taką starannością, czasem z pewną dozą humoru, pełne mądrości, życiowego doświadczenia. Czas pokaże, czy Księga nie zostanie Książką Roku.  I taka moja refleksja – już na końcu, bo strasznie się rozpisałam – jest czym pochwalić się w wielkim świecie, oj jest.

Rudyard Kipling (1865-1936) - angielski poeta i prozaik. Noblista z 1907 roku.

 

Tutaj możecie zobaczyć ilustracje.

Wiek 8+

Wydawnictwo Media Rodzina 

sobota, 16 stycznia 2010

Na czym polega fenomen popularności tej książki? Odpowiedź nie jest trudna – na jej prostocie. Gdyby tak zrobić ankietę, którą książkę z dzieciństwa pamiętacie najbardziej, która spodobała się Wam przed laty, Dzieci z Bullerbyn znalazłyby się niewątpliwie w czołówce. Dlaczego? Dlatego, że świat w Bullerbyn jest taki poukładany, wszystko ma swoje określone miejsce, rodzice szanują dzieci, dzieci rodziców, wspólnie potrafią się bawić, gdzie przekazuje się pewną hierarchię wartości, tradycję, zwyczaje. Świat szczęśliwego dzieciństwa, w którym – o dziwo – dzieci mają pewne obowiązki (pomoc w licznych pracach domowych i gospodarskich), do szkoły i sklepu daleko,  na półkach niewiele zabawek i książek, bez telefonu, telewizora i komputera – a każdy kolejny odcinek świadczy o kreatywności dziecięcych główek, wymyślających co rusz to nowsze i ciekawsze zabawy – w Indian, spanie w stogu siana, polowanie na bawoły, ucieczkę z domu, skarby na wyspie, tajemnicze mapy, groty w sianie. Świat, w którym dzieci robią fajkę pokoju z długiego cukierka, pieniądze „na niby”, odlewają ołowiane żołnierzyki, krowy na pastwisku to plemię Komanczów. Dzieci z Bullerbyn to moje drugie okrążenie. W pierwszej rundzie przeczytałam je tyle razy, że nawet nie mogę nazwać konkretnej liczby. W pamięci mam tylko wykręcenie korków przez mamę, bo nie chciałam odłożyć książki, a rano trzeba było iść do szkoły. Pewne powiedzonka, scenki zostały na całe życie, i teraz zaśmiewam się przy nich razem z Tomkiem. Migdał pękł, więc będzie para, Agda wyjdzie za Oskara; kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej; pięciu Murzynów w ciemnej sieni. Oj długo musiałabym wymieniać. W każdym razie cieszę się na to spotkanie po latach i, że mojemu dziecku się podoba. Baaaaardzo! Zauważyłam też, że książka stała się źródłem inspiracji do codziennych zabaw. Wydawca poleca książkę dla dzieci w wieku 6+. Ja nie czekałam. Przeczytałam mojemu 5-latkowi i był to strzał w dziesiątkę. Jakiś czas temu słuchaliśmy audiobooku w interpretacji Ireny Kwiatkowskiej, ale nie ma to jak mamine czytanie przed snem. Książka jest napisana prostym językiem, dowcipnie, mówi o ważnych sprawach dla dzieci - nic dziwnego, że trafia tak szybko do małych czytelników na całym świecie. Tak naprawdę Dzieci są już wiekowymi staruszkami:) Ich pierwsza część ukazała się w 1947 roku:) Jednak chyba nigdy się nie zestarzeją.

 

Tak Bullerbyn wyobrażała sobie Hanna Czajkowska

Bullerbyn istniało naprawdę. Jego nazwa to Sevedstorp. Do dziś jest wielką atrakcją turystyczną. To tutaj dorastał Samuael August, ojciec Astrid Lindgren. Zagrody Północna, Środkowa i Południow ponoć mają się dobrze. Brakuje tylko lipy, która stała między pokojami Lassego, Bossego i Ollego.

Z dzieciństwa pamiętam wydanie z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. Teraz mamy na półce to z wizją Ilon Wikland. Bardzo mi się podoba, choć do polskiej autorki mam wielki sentyment. Obie wersje są dostępne na rynku.

Dzieci z Bullerbyn to niewątpliwie jeden z piękniejszych momentów, jaki możemy podarować naszym dzieciom. Myślę, że w tej opinii nie jestem odosobniona.

Wiek 5+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia 

wtorek, 12 stycznia 2010

Jakoś nadziwić się nie mogę, bo co rusz wydawnictwa zaskakują nas księgami przyrody dla dzieci, z disney’owskim Puchatkiem włącznie (ależ się do niego ostatnio przyczepiłam), a tymczasem prawdziwy skarb jest w zasięgu ręki. Sprawdziłam – na Allegro - za grosze. W 1975 Maria Kownacka (Plastusiowy pamiętnik) wydała serię Razem ze słonkiem – książkę o wszystkich porach roku dla najmłodszych: 1.Przedwiośnie, 2.Wiosna, 3.Lato, 4.Złota Jesień, 5.Szaruga jesienna i 6.Zima. Owszem, są rzeczy, które trącą myszką, bo dziś już nie używa się stalówek i kałamarzy, sań i konia czy wozu drabiniastego – ale z drugiej strony może dlatego ta książka ma pewien niepowtarzalny klimat. Zimą sięgnęliśmy oczywiście po Zimę. Dowiedzieliśmy się, co niektóre zwierzęta robią o tej porze roku, jak się zachowują, co jedzą, o zimowej pogodzie, o ptakach gościach z dalekiej Północy, śladach na śniegu, owocach, które wiszą na niektórych krzewach, dokarmianiu ptaków, karmnikach, choince, hodowli rzeżuchy. Są wierszyki, opowiadania, zagadki, mnóstwo ciekawych informacji przyrodniczych, które przydadzą się także, gdy pojawią się pytania: Mamo, a dlaczego…? A przede wszystkim są ilustracje Zbigniewa Rychlickiego (wespół z Jerzym Heintze), ojca naszego ukochanego Misia Uszatka. Do pracy jeżdżę przez dość duży las. Codziennie, gdy widzę ogromne czapy śniegu na sosnach, zastanawiam się, czy leśnicy dokarmiają zwierzęta, bo żal serce ściska na myśl o biednych sarnach w zimowym lesie. Czy wiecie, że w czasie ostrej zimy więcej zwierząt ginie z pragnienia niż z głodu? Ani ptaki, ani ssaki nie jedzą śniegu. Wyczytałam w tej książce. Ciekawe, prawda? 

Wiek 5+

 

niedziela, 10 stycznia 2010

Bardzo ważna i mądra książka!!! W naszym świecie, w którym tak często brak tolerancji Mój młodszy brat oswaja zespół Downa. Zuzia chodzi do pierwszej klasy i ma wspaniałą rodzinę, w tym dwóch braci. Największą wadą młodszego Antosia jest to, że potrafi wyjeść całą nutellę. Dlatego też dziewczynka jest bardzo zdziwiona, gdy kolega z klasy, Filip, mówi o jej bracie debil.   Czy bycie chorym może być również wadą, czy to obniża od razu wartość tego człowieka? Przecież z Antosiem można świetnie się bawić, jest wesołym dzieckiem, skorym do żartów. A tu nagle coś takiego. Autorka słowami pierwszoklasistki, opowiada, co dzieje się w sercu dziecka, gdy ktoś rani ich najbliższych i buciorami wkracza do ich bezpiecznego świata, który stworzyli im rodzice – pełnego miłości, przyjaźni i zrozumienia. Pokazuje reakcję rodziny Zuzi na słowa Filipa i próbę obrony przed brakiem tolerancji. Jednocześnie wskazuje na olbrzymią rolę szkoły na tym obszarze, bo wiadomym jest, że wiele negatywnych zachowań w stosunku do osób niepełnosprawnych, dzieci wynoszą niestety, z domu rodzinnego. Przez wiele lat pracowałam w szkole i mogę coś na ten temat powiedzieć. Klasy integracyjne, rozmowy, uwrażliwienie na drugiego człowieka, niesienie pomocy ludziom, dla których często przeszkodą nie do pokonania okazują się schody, czy zwykły krawężnik– to tak ważne aspekty życia. Mój młodszy brat jest niewątpliwie WAŻNĄ cegiełką w budowaniu tolerancji u naszych dzieci, by traktowały osoby niepełnosprawne jako równe sobie, jako pełnowartościowych zwykłych ludzi. W końcu, co niezwykle ważne – książka oswaja również strach przed nieznanym, chorobą. W prosty sposób wytłumaczono tutaj, jak to się stało, że Antoś ma zespół Downa.  Opowieść o małym Antosiu może stać się świetnym punktem wyjścia do rozmów z dziećmi na ten temat, zresztą te najczęściej nie zauważają tej inności, a wszystkich traktują tak samo. Mój młodszy brat powinien znaleźć się w każdej biblioteczce. Książka napisana dowcipnie, bajecznie zilustrowana przez Bogusława Orlińskiego.

Wiek 7+

Wydawnictwo Media Rodzina

sobota, 09 stycznia 2010

W konkursie prawidłową odpowiedź udzieliło 21 osób. Wydawnictwo Świat Baśni powstało w 2009 roku. Tomek i Mikołaj wylosowali następujące osoby i książki:

1.ddariaa123 – Opowieść o znudzonej królewnie

2 Aleksandra Pietruszewska – Po drugiej stronie tęczy.

Gratulujemy! Zwycięzców proszę o przysłanie adresów.

Wszystkie adresy i dane kasuję i nie przekazuję osobom trzecim. Dziękuję uczestnikom za udział w konkursie.

 

czwartek, 07 stycznia 2010

Don Kichota znają chyba wszyscy – jego walkę z wiatrakami, wzdychania do Dulcynei z Toboso i rumaka Rosynanta. Wielkie dzieło liczące kilkaset stron, perła literatury hiszpańskiej. Tymczasem Erich Kästner, niemiecki pisarz (1899-1974), autor kilku świetnych książek dla dzieci, przerobił Don Kichota na wersję dziecięcą. Pewnie zaraz dostanę po uszach, ponieważ w tym tygodniu to już mój drugi wpis, w którym namawiam do sięgnięcia po coś a’la, gdy tymczasem to i tak tylko oryginał jest najsmaczniejszą delicją (patrz Mały Książę). Zgodzę się, tylko po co nasze dzieci mają czekać tyle lat, skoro wersja dziecięca jest prawdziwą perełką. Cudna książka, wokół której kręciłam się od momentu jej wydania – przekładałam w księgarni z ręki do ręki i odkładałam na półkę. W końcu nasz kochany wielkopolski Gwiazdor (?) się zmiłował i zostawił pod choinką. Świetne tłumaczenie Emilii Bielickiej – które ma pewien klimat epoki Don Kichota. Nie brak tu takich słów jak: skwar (Mamo, co to jest SKWAR?), frasunek (Mamo, co to jest FRASUNEK?), furia (Mamo, co to jest FURIA?), odzienie (Mamo, co to jest ODZIENIE?)

Przy Don Kichocie można poruszyć tyle ważnych rzeczy – etos rycerza, wierność, miłość, realizacja marzeń. Przy wersji Kästnera można z dzieckiem się pośmiać, bo nie brak jej humoru. Jest to wyprawa do innej epoki, do dalekiego kraju.  Literatura przez duże eL. Największe, jakie sobie można tylko wyobrazić.

A jakie ilustracje. Zresztą popatrzcie sami:)

Wiek 5+

Wydawnictwo Muchomor

poniedziałek, 04 stycznia 2010

Do tej pory pisałam o Paddingtonie dla maluchów (3+). Teraz czas na wersję dla starszaków. Może na początek moja krótka refleksja – otóż cieszę się bardzo, że na rynku zalanym (dosłownie) przez disney’owskiego, skądinąd całkiem sympatycznego ale …hm, hm, no, właśnie, Kubusia Puchatka, znalazło się miejsce również dla Paddingtona. Przetłumaczony przez biegłego w pisaniu Michała Rusinka (Mały Chopin) przybył do nas po raz kolejny w całej swej okazałości. Pamiętam, że kilka lat temu była próba reaktywowania Misia Paddingtona przez jakieś wydawnictwo (nie pamiętam, jakie), ale odnoszę wrażenie, że chyba niezbyt poradziło sobie ono z legendą. Potem była dłuuuuuga cisza, a teraz co kilka miesięcy mamy Paddingtona w nowej odsłonie. Czy wiecie, że Miś ma już 50 lat? Jakże zmienił się świat. Nawet mroczne zakątki Peru, ojczyzna Paddingtona, już nie są takie mroczne jak kiedyś. Pojawiły się gadżety i nawet edukacyjna strona internetowa. Jednak pomijam już to całe zamieszanie wokół Misia, ponieważ osobiście wolę tego najzwyklejszego Paddingtona, czarno – białego, narysowanego przez Peggy Fortnum, bez maskotek, kubeczków itd. Najlepiej – oddać się w ręce wyobraźni. Pewnie jestem staromodna, ale, no cóż… taka już jestem. Stronę internetową moje dzieci też pewnie odwiedzą dopiero za lat kilka. A więc, wracając do słowa pisanego - dla niewtajemniczonych  - na dobry początek  przyjaźni polecam książkę – Miś zwany Paddington, a potem można czytać już wszystko z górki, co nam wpadnie w ręce.

Początki Misia związane są z pewną wigilią sprzed 50 laty, kiedy to Michael Bond kupił swojej żonie pluszowego niedźwiadka. Imię pochodzi od pobliskiej stacji metra Paddington. Czytając o misiu ogarnia mnie zawsze fala ciepłych uczuć i wspomnień. Świat, którego już nie ma. Jak czułby się dzisiaj, gdzie trzeba mieć czasami silne łokcie, by wywalczyć swoje. Dobroduszny, gapowaty, powolny, dziecięco naiwny – demaskuje nasze wady, stereotypy, dziwaczne przyzwyczajenia – też cwaniactwo, gruboskórność, krótkowzroczność.

W tej części Paddington pomaga sąsiadowi, panu Curry’emu, w walce z atakiem zimy, zostaje zaproszony na wspaniałą uroczystość do fabryki marmolady, urządza gruntowne porządki, spędza dzień nad morzem, ratuje sytuację podczas gry w krykieta. Czytam sobie Paddintona, przypomina mi się pierwsze spotkanie z nim wiele wiele lat temu. Paddington broi, broni się, dyskutuje, tłumaczy. Podśmiechuję się do siebie pod nosem. Przypomina mi się cytat z Gogola – I z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.  I coś w tym jest. Naprawdę, wierzcie mi.

Wiek 6+

Wydawnictwo ZNAK

niedziela, 03 stycznia 2010

Kiedy kilka lat temu kupowałam regularnie Tygodnik Powszechny, lekturę zawsze zaczynałam od felietonów Józefy Hennelowej i Jacka Podsiadły. Po tę książkę sięgnęłam z ciekawości i z… sentymentu. Ach te czasy, kiedy na tyle przyjemnych rzeczy miałam czas…..  (tu ślę całusy moim dwóm piratom, którzy już śpią).

Tym razem Jacek Podsiadło dał  się poznać jako autor prawdziwej męskiej powieści. Czerwona kartka dla Sprężyny to książka dla chłopaków. Nie powiem, autor na tle sportowych zmagań, rozgrywek, dyskusji, licznych bramek, siódmych potów wyciskanych na treningach, nerwów, emocji sportowych i nawet gier komputerowych o futbolu, przedstawił ciekawą historię przyjaźni dwóch chłopców – tytułowego Sprężyny i Daniela, jednak piłka nożna jest tu zdecydowanie górą i nie polecałabym tej książki kobiecej części czytelników, no chyba, że serce samo rwie się w kierunku zielonej murawy – oooo, wówczas ukontentowanie zapewnione. A może autor swą powieścią nawróci niejednego abstynenta futbolowego, kto wie…

Podoba mi się w książkach młodzieżowych chwyt zastosowany tutaj przez autora – przedstawienie dwóch jakże innych światów i relacje między nimi. Bo takie są właśnie życiorysy Sprężyny i Daniela. Dom pierwszego chłopca – bez lodówki, ciepełka rodzinnego, obiadu czekającego na stole, za to z burdami i alkoholem. U Daniela jest inaczej – ciepły posiłek, możliwość pogadania z kimś od serca, komputer. Szkoła, dom, treningi, zwykłe codzienne problemy. Do tego przez książkę przewija się kilka ciekawie skonstruowanych dorosłych osobników, wśród których prym wiedzie niewątpliwie trener chłopców – właściciel rozklekotanego samochodu – absolutne bożyszcze i guru trampkarzy.

W książce Podsiadły słychać wrzawę wśród publiczności i na boisku, nerwy udzielają się nie tylko graczom ale i czytelnikom. Książkę przetestowali młodzi trampkarze z rodziny i bardzo się spodobała. Padło pytanie, czy może jest kolejna część:) Powieść jest dobrze napisana. Jacek Podsiadło (ciekawe, komu tak naprawdę kibicuje w życiu prywatnym?) umie oddać klimat sportowych spotkań, emocji z nimi związanych, z pazurem prowadzi piłkę po zielonej trawie i świetnie pokazuje, co w piłkarskiej duszy gra.

 

Książka niestety nie udzieliła mi odpowiedzi na nurtujące mnie od wielu lat pytanie – co takiego mężczyźni widzą w tym kawałku skórki, za którym biega dwudziestu dwóch innych facetów. Jednak uzmysłowiłam sobie, że pasja ma wielką siłę – i nikt i nic z nią nie wygra. Nawet ja – nic to, przyjdzie mi powoli szykować się do mistrzostw świata w RPA, na które zacierają ręce moi panowie. Po takiej lekturze będę się mądrzyć przed ekranem i udawać, że wszystko wiem, no i oczywiście może w końcu zrozumiem, co to takiego ten słynny „spalony”. 

Czerwona kartka dla Sprężyny otrzymała wyróżnienie w kategorii LITERATURA w konkursie na najlepszą książkę roku 2009 polskiej sekcji IBBY.

Wiek 11+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia