Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
niedziela, 07 lutego 2016
Tajemnice dawnych cywilizacji - praca zbiorowa

„Tajemnice dawnych cywilizacji” to lektura dla młodych historyków. Kompendium wiedzy, wzbogacone o liczne ilustracje, pełne konkretnych informacji, ale i historycznych smaczków w postaci ciekawostek, plotek. Nie brak tu tematów trudnych, ale i pełnych humoru – ot, zwykłe a zarazem niezwykłe życie codzienne na przestrzeni wieków – w pigułce. Informacje bowiem na dany temat są krótkie, rzeczowe i zwięzłe. Nie odbiegają od tematu, nie zawierają dygresji. Każda rozkładówka to kolejne zagadnienie, czasem oddalone o wiele lat od je poprzedzającego. Zawsze jest krótki wstęp – zaznaczony charakterystycznymi większymi literami, następnie wybrane zagadnienia. Każdy nowy temat zawiera również małą ramkę: „Czy wiesz, że …?” Zazwyczaj są to pojedyncze ramki, lecz zdarzają się strony, na których można znaleźć również dwa przykłady. Strony są wypełnione barwnymi ilustracjami – mają one realistyczny charakter jak również są i żartobliwe rysunki przedstawiające sceny rodzajowe z życia współczesnych. Tematyka obejmuje prehistorię, Egipt, Grecje, Rzym, cywilizacje Ameryki, barbarzyńców i wikingów, zamki i rycerzy, podróżników i odkrywców. Jak wyglądało życie pozagrobowe według starożytnych Egipcjan, czy archeologom udalo się odnaleźć pozostałości greckich statków, co to były triumfy i ile ich było w starożytnym Rzymie, dlaczego Cortes kazał spalić hiszpańskie statki, jak długo trwała budowa średniowiecznego zamku? To tylko kilka wybranych zagadnień. Każdy dział jest oczywiście bardzo rozbudowany. Książka może rozwijać zainteresowania historyczne małych dzieci, jak i służyć jako pomoc w nauce szkolnej.

Książka jest starannie wydana, w twardej oprawie. Cena według mnie baaardzo atrakcyjna.

Wiek 10+

Wydawnictwo Jedność

 

sobota, 06 lutego 2016
Kroniki Wardstone. Koszmar Stracharza - Joseph Delaney

Siódma część „Kronik Wardstone”. Siódmy syn siódmego syna – Tom, od trzech lat praktykuje u Stracharza. Niewtajemniczonym pokrótce wyjaśnię, że Stracharz walczy ze złem i mrokiem, różnego rodzaju potworami, czarownicami i boginami. Właśnie razem ze swoim uczniem wrócili z Grecji. Zmierzają w kierunku Chipenden. W Hrabstwie akurat trwa wojna. Niestety, domostwo Stracharza zostało doszczętnie zniszczone, bogin uciekł, księgi spalone na popiół, a najgroźniejsza czarownica Koścista Lizzie – uwolniona. Niedawno wybiła jej czterdziestka, a ten wiek dla czarownicy oznacza wielkie możliwości i moc. Stracharz z Tomem i Alice uciekają na wyspę Monę, która niezbyt gościnnie traktuje uciekinierów z Hrabstwa. Zwłaszcza tych, którzy parają się czarami i walką z czarownicami.

Kolejna część „Kronik” nadal trzyma w napięciu. Znów zmienia się scenografia. Po wyprawie do Grecji Stracharz z uczniem muszą szukać schronienia w innych okolicach. Zło nie odpuszcza – Alice i Tom ciągle muszą być w pobliżu siebie, związani przymierzem krwi. Zły czai się na ich dusze, Koścista Lizzy koniecznie pragnie zemsty za lata upokorzeń i niewoli w dole.

W tej części oczywiście jak zwykle roi się od przygód i niebezpieczeństw. Kto zna tę serię specjalnych zachęt z mojej strony nie potrzebuje. Mnie natomiast niesamowicie ciekawiła relacja Alice z Kościstą Lizzie, gdyż czarownica jest jej matką. Od samego początku nie opuszczała mnie myśl – jak zachowa się dziewczyna – co weźmie górę: więzy krwi, czy może przyjaźń, która od dawna łączy Toma i piękną dziewczynę? Dodam – co ważne – przyjaźń – wystawiana niejednokrotnie na próbę. Znów pozostał niedosyt i znaki zapytania. Ciekawe, co w ósmej części?

Wiek 11+

Wydawnictwo Jaguar

 

piątek, 05 lutego 2016
Kocia książka - Jarosław Iwaszkiewicz/ il. Alicja Rosé

Lubię książki z historią. Czasem niby niepozorne, zapomniane na długie lata – pojawiają się dzięki przypadkowi, ludzkiej ciekawości i uporowi - już jako dojrzałe panie, z charakterem, „tym czymś”, czego bliżej określić nie sposób. To się nabywa, z wiekiem – a Kocia książka, która powstała przy współudziale Jarosława Iwaszkiewicza - jednego z najważniejszych pisarzy XX wieku, i jego dwóch córek: Marysi (8 lat) i Teresy (4 lata)- niewątpliwie „to coś” posiada.

Osiemdziesiątka to wiek nobliwy i … zobowiązujący. Choć trzeba przyznać, że niepozorna książeczka – rękopis właściwie, skreślony w jednym egzemplarzu eleganckim kaligraficznym pismem ojca i nieśmiałymi próbami ilustracyjnymi i graficznymi dwóch dziewczynek, ma w sobie właśnie … dziecko. Schowana w jednej z dziesiątek nie rzucających się w oczy teczek w  stawiskim archiwum. Staroświecki zeszyt zapomniany przez badaczy literatury, ba, samych autorów, został odkryty przypadkiem niedawno. Ręce Anny Król sięgnęły po tę właściwą teczkę. Jest to wydarzenie, bowiem Jarosław Iwaszkiewicz nigdy nie napisał żadnej książki dla dzieci i nigdy nie napisał niczego razem ze swoimi córkami. Historia, jaka mogłaby powstać w wielu domach – gdzie tylko istnieje przyjazny klimat i dobre chęci do pisemnego „zapamiętywania” podobnych rodzinnych historii i opowieści.

 Kotka Bukasia towarzyszyła rodzinie Iwaszkiewiczów podczas ich pobytu na placówce w Kopenhadze. Rezolutna panna psotnicka dawała się nieźle we znaki wszystkim, ale wszyscy ją uwielbiali. Chodziła swoimi drogami – bo kot to w końcu kot – ale i brała udział w życiu chlebodawców. Kiedy nadchodziła pora rozstań – a to z powodu wyjazdów w okresie letnim, a to z powodu choroby Anny Iwaszkiewiczowej, ojciec pisał do córek listy, których rzekomą autorką była oczywiście kotka. Ta ręką pisarza wyrażała swoją tęsknotę za panienkami, wspominała wspólny czas i zdawała relację  z tego, jak upływa jej życie – bez dziewczynek. A to trzeba było pogonić bąka z pokoju, a to rozedrzeć torbę z piaskiem. Nic to, że woda wylana, dokumenty i fotografie pomoczone. Iwaszkiewicz niby zły na kocię, ale jednocześnie dumny z jej mądrości, sztuczek i zabaw.

Książka ta na pewno jest niezwykłą pamiątką rodzinną ukazującą codzienność  rodziny pisarza. Nobliwy pan, który skromnie przemknął w „Pannach z Wilka” Wajdy daje się tu poznać jako troskliwy ojciec swoich dwóch córek. Kocie wierszyki to pewnie swego rodzaju powiedzonka rodzinne, które tworzą rodzinny klimat. Kod, który rozumie się od razu. Pięknie opisuje to Anna Król we wstępie cytując Marię, córkę pisarza, która po latach mogła zobaczyć „ich książkę” w nowej szacie. Tu trzeba pokręcić głową, tu tak i tak przeczytać. Oj wiele – podobnych historii w naszych rodzinach – trzeba je tylko spisać, do czego ciepło namawiają osoby, które zatroszczyły się o wydanie tej książki.

Całość wydana z wielką starannością – ze starymi, domowymi ilustracjami rodziny Iwaszkiewiczów i nowymi narysowanymi przez  Alicję Rosé.

Książka dla dzieci, rodziców, miłośników literatury Iwaszkiewicza jako swego rodzaju „literacka sensacja i perełka w jednym” i dla wielbicieli …. kotów oczywiście.

Wiek 4+

Oficyna Wydawnicza Wilk & Król

środa, 03 lutego 2016
Testament bibliofila - Arkadiusz Niemirski

 

Książki Niemirskiego niebezpiecznie wciągają. Przeznaczone zdecydowanie dla młodszego czytelnika, potrafią zainteresować również dorosłych. Gdzie tkwi tajemnica tego sukcesu? O przepis pewnie trzeba by zapytać samego autora, który od dłuższego już czasu konsekwentnie tworzy dalszy ciąg Pana Samochodzika. W tym temacie mogę odnieść się jedynie do moich doświadczeń i wrażeń. To doskonała przygoda, pełna niefortunnych zdarzeń ale i humoru, gaf, niewygód, trudów, niebezpieczeństw, czarnych charakterów i tajemnic.

Bliski jest mi przede wszystkim „Testament Bibliofila”, którego akcja toczy się we współczesnym podpoznańskim Kórniku. To miejscowość znana mi z rodzinnych i klasowych wycieczek, zawodów triathlonowych, w których dopingujemy tacie i mężowi (w jednej osobie). Arboretum, zamek z Białą Damą, jezioro. Wiele  miejsc opisanych przez Niemirskiego jest nam dobrze znanych, namacalnych, przez nas odwiedzanych. Jeśli nie byliście – naprawdę polecam. Sama książka jest ciekawą formą promocji miasteczka i zamku z fosą – wypełnioną wodą. Zresztą o Kórniku, jego dziejach, a zwłaszcza o perełce tego miasteczka – rezydencji historycznej rodów Górków i Działyńskich, naprawdę wiele dowiecie się z lektury. Autor bardzo sprawnie wplata prawdziwe i konkretne informacje w fabułę. Bez nich ani rusz. Stanowią ciekawe wyjaśnienia tłumaczące działania bohaterów, pomagają wiązać i wyjaśniać wątki. Nie są sztucznymi i oderwanymi elementami. Dobrze zazębiają się z całością, a konkretnie z losami rodziny miłośnika książek: Emanuela Karskiego, który zadał sobie trudu i przygotował dla swoich dorosłych dzieci tajemnicę do odgadnięcia. To warunek, by zostać spadkobiercą. Wygodni i próżni młodzi ludzie, zresztą bardzo poróżnieni ze sobą, idą na łatwiznę i wynajmują do tego typu zdania specjalistów. Jednym z nich jest Barber, starszy pan, który nie ma nic wspólnego z przebojowymi śledczymi znanymi z gangsterskich seriali. Barber ma swój styl, nie może czasem odnaleźć się w nowinkach technicznych współczesnego świata, ale od czego ma się pomocników – jak choćby takiego piętnastolatka – rezolutnego Omnibusa, chłopaka po przejściach, z problemami. Do tej dwójki od samego początku poczułam dużo sympatii i  trzymałam kciuki za ich „rodzinne” śledztwo. "Czterech spadkobierców. Trzy zagadki. Jeden skarb" - czytamy na okładce. A wszystko to znajdziecie w tej oto książce. 

Wiek 12+

Wydawnictwo Skrzat

wtorek, 02 lutego 2016
Jak Wojtek został strażakiem - Czesław Janczarski/ il. Marianna Sztyma

Klasyka dla maluchów - o spełnionych marzeniach, bezinteresownym czynieniu dobra dla innych. Mały Wojtek chce zostać strażakiem, jednak jego prośba wywołuje tylko uśmiech na twarzy komendanta straży- ni krzty zrozumienia. Ma zgłosić się za lat kilka, gdy zmieni się z Wojtusia w Wojciecha. Gdy pewnego dnia piorun uderza w zagrodę wiejską, Wojtek bije na alarm i wynosi z płomieni małego Heniutka. Po tym zdarzeniu- chłopiec zostaje strażakiem.


Ulubiona książka małych chłopców – już od pokoleń. Ci często się nie mogą zdecydować,  kim zostać w przyszłości: strażakiem, rycerzem, czy może ... opiekunem dinozaurów(!). Wszystko zależy od tego, jaka książka jest akurat na topie:)

A wracając do omawianej lektury – na domowej półce inne wydanie Wojtka, ale z ilustracjami Dariusz Żejmy. Tam na ilustracjach – jakaś zawierucha i mentlik, by nie powiedzieć bałagan.

Całość zlewa się dziwnie – nie robi dobrego wrażenia. Tu wszystko poukładane jak w klasycznych dawnych książkach. Mnie osobiście – bliżej właśnie do takiego świata przedstawionego. W końcu to Marianna Sztyma – jedna z moich ulubionych ilustratorek, która łączy nowe ze starym – jak lubię.


Wiek 4+

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

poniedziałek, 01 lutego 2016
Dla chłopaków coś dobrego: "Mały chłopiec"

 

Chłopców fascynuje świat aut, maszyn, napraw i budów. Mogą oni godzinami obserwować, przyglądać się, komentować, opowiadać. Później te obserwacje przekładają się na zabawę – co rusz z różnych kątów w domu, mieszkaniu słychać wytwarzane przez maluchy dźwięki naśladujące pracę maszyn: koparek, buldożerów, samochodów z jedną rurą i dwiema (ten głośniejszy).

Dwa najnowsze tytuły z serii „Mały chłopiec” pewnie przypadną do gustu takim zapalonym miłośnikom motoryzacji:

„Poznaj stację i warsztat Maurycego” i „Poznaj maszyny budowlane z Borysem”.


W pierwszej z nich główny bohater Maurycy prowadzi stację benzynową i warsztat samochodowy. W drugiej Borys oprowadza po placu budowy. Maluchy poznają te miejsca, charakterystyczne przedmioty i urządzenia. W ten sposób zaspakajają swoją ciekawość, uczą się nowego i charakterystycznego dla tych miejsc słownictwa: butle z gazem, holownik, szczotki w myjni, wulkanizacja. W drugiej części pojawiają się maszyny i urządzenia rozbiórkowe: koparkoładowarka, młot pneumatyczny, dźwig, ciężarówka, stabilizatory, pompa do betonu, buldożer. Każda rozkładówka to krótka prezentacja danego miejsca: „Oto…”. I zabawa: „Poszukaj i wskaż”. Dzieci ćwiczą spostrzegawczość, sprawdzają, czy rozumieją dany wyraz.

Książki mają większy format, ilustracje są ładne, kolorowe i wyraźne, pełne szczegółów. Kartonowe kartki na pewno wytrzymają częsty kontakt z małymi rączkami. Z własnego podwórka wiem, że takie książeczki są oglądane tam i z powrotem przez najmłodszych miłośników motoryzacji. Na końcu każdej z książek mały test: co zapamiętały dzieci. Czy wskażą prawidłowo dźwig Darka, buldożer, maszynę z młotem pneumatycznym, walec drogowy, koparkoładowarkę, walec oraz betoniarkę? A w drugiej części: Artura tankującego auto, holownik ciągnący popsuty samochód, Artura myjącego auto i Maurycego, który wyważa koła?

Wiek 2+

Wydawnictwo Olesiejuk

 

 

niedziela, 31 stycznia 2016
Mała księżniczka - Frances Hodgson Burnett/ il. Antoni Uniechowski

Są ukochane lektury dzieciństwa i „Mała księżniczka” niewątpliwie do nich należy. Niedawno została wydana w ramach doskonałej serii „Mistrzowie ilustracji”. Czarno-białe ryciny Antoniego Uniechowskiego na pewno na długo pozostały w świadomości niejednej czytelniczki, do których swego czasu i ja należałam. Wydawnictwo po raz nie wiem który (sprawdziłam – po raz 24-ty) sprawiło miłośnikom książek wielką niespodziankę. Perełka literatury, znakomicie zilustrowana trafia do naszych rąk – powodując pewnie nie raz i drżenie rąk i wzruszenie. 

Powieść wielokrotnie filmowana, ilustrowana, przenoszona w świat kreskówek. Gdzieś wyczytałam,   że autorka Frances Hodgson Burnett drogo okupiła swoje powieści i sławę, jaką niewątpliwie przyniosły jej właśnie opisywana „Mała księżniczka” i „Tajemniczy ogród”. Tak poświęciła się pisaniu, że nie miała czasu na ratowanie swojego małżeństwa. Ile w tym prawdy – trudno powiedzieć. Ale wróćmy do powieści.

Siedmioletnia Sara jest dzieckiem bogatego człowieka, który decyduje się umieścić małą córkę na znanej pensji w Londynie – u panny Minchin. Właśnie razem przybyli do Londynu. Wita ich charakterystyczna pogoda: „Pewnego pochmurnego dnia zimowego, kiedy gęsta, żółta mgła zalegała ulice Londynu tak szczelnie, że zapalono latarnie, a szyby wystawowe sklepów jarzyły się oświetleniem gazowym, jakby to był wieczór, mała, osobliwie wyglądająca dziewczynka jechała wolno ulicami miast, siedząc w powozie przy boku swego ojca”.

Zmierzają oczywiście do zacnej edukacyjnej instytucji. Slogan reklamowy zachęca niezdecydowanych (choć w dzisiejszych czasach na pewno brzmi śmieszne): Pierwszorzędny Zakład Naukowy Dla Młodych Panien. Sara od razu staje się ulubienicą nauczycieli i właścicielki pensji. Jednak tak jest do czasu. Po niespodziewanej śmierci kapitana Crewe’a Sara staje się biedaczką i zostaje przeniesiona na poddasze pensji, gdzie jest biednie i chłodno. Od tego czasu Sara będzie służącą, a sympatia mieszkańców pensji uchodzi w siną dal. Dziecko jest pozostawione samej sobie. Na szczęście są dobrzy ludzie na świecie, którzy nie zapominają o biednej dziewczynce i niosą jej pomoc.

Książka jest bardzo ładnie wydana. Wspomniałam już o ilustracjach – wielu z nas właśnie na nich się wychowało. Mam duży sentyment dla Antoniego Uniechowskiego (1903-1976), który zilustrował kilka książek na mojej półce. Stąd po latach niewielkie rozczarowanie, że jednak tych ilustracji w całej „Małej księżniczce” nie jest za wiele (5). Chcąc nie chcąc porównuję z „Lalką” Prusa, gdzie jego kreska cieszy oko w wielu miejscach.

 

Wiek 6+

Wydawnictwo Dwie Siostry

sobota, 30 stycznia 2016
Mały poradnik życia. Kalendarz 2016 - H.Jackson Brown.Jr.

Kiedy czytam o genezie powstania „Małego kalendarza życia”, zawsze zastanawiam się jak moje dzieci zareagowałyby na mamine rady, gdyby opuszczały gniazdo rodzinne i wyruszyły w świat. Bo w młodych ludziach długo panuje takie przeświadczenie, że dobre rady są po to, by jednym uchem je wpuszczać, a drugim wypuszczać, i by i tak robić po swojemu. Dopiero z wiekiem człowiek zdaje sobie sprawę, że w tej kwestii to rodzice chyba mieli rację, po to by po jakimś czasie stwierdzić – że na pewno mieli rację. H.Jackson Brown, Jr. Przygotował 511 rad dla swojego syna Adama, który wyjeżdżał na studia, na uniwersytet. I nie były to rady typu: nie jedz, ucz się pilnie. Miały one często formę refleksji, spostrzeżeń, przypomnień. Przygotowane z perspektywy człowieka znającego życie, doświadczonego. Adam mógł je wykorzystać bądź nie. Może ojciec zrobił to dla asekuracji: bo przecież coś się stało, a ja przed tym ostrzegałem, a nie mówiłem? Na pewno z miłości i troski o dziecko. Kiedy młodzi wyruszają na studia – to kończy się akurat okres „buntu i oporu” i pewnie jest większa otwartość na różnego rodzaju życiowe rady. W każdym razie, zanim stałam się szczęśliwą posiadaczką „Poradnika” często zaglądałam na stronę FB wydawnictwa, bowiem dzielono się na niej różnym radami i sentencjami.

Na pewno od „Małego poradnika życia” nie zależy nasze powodzenie lub nie w życiu. Jednak być może jakaś sentencja zmusi nas do refleksji, do zastanowienia się nad sobą.

Kilka wybranych sentencji:

26 stycznia

„Kiedy w rodzinie przychodzi na świat dziecko, zachowaj gazetę z tego dnia. Daj ją dziecku w osiemnaste urodziny”.

3 lutego

„Nigdy nie pytaj kobiety, kiedy ma rodzić, dopóki się nie upewnisz, że jest w ciąży”.

16 marca

„Dzisiaj potraktuj każde „nie” jako „być może”.

13 kwietnia

„Nigdy nie oceniaj miejsca w kwietniowy dzień”

7 sierpnia

„Utaplaj się w błocie, to będzie wspomnienie”.

I całkiem praktyczne jak to z 30 stycznia:

„Czyść zęby nitką”.

 

 

„Oto 366 rad i przypomnień, aby rok 2016 mógł być owocny i szczęśliwy”.

Od lat w niezmiennej, kratkowanej szacie – z praktycznym stojaczkiem, by mieć go zawsze na widoku, pod ręką.

Wydawnictwo Media Rodzina

wtorek, 26 stycznia 2016
Wakacje Kajtka - Monika Madejek

Kiedy czytam dziennik Kajtka, tak sobie myślę, czemu to moje dziecko nie buduje takich ładnych okrągłych zdań, bez błędów ortograficznych. Ot taka zwykła matczyna zazdrość. A nawet jeśli zdania byłyby nieskładne i błędy się zdarzały. Znaleźć takiego Kajtka, który znajduje radość w opisywaniu codzienności. Jaka frajda byłaby za kilka lat – odczytać zapiski w dzienniku, przeżyć raz jeszcze te emocje i wrażenia, odświeżyć wspomnienia. A może Wakacje Kajtka natchną nasze dzieci to tego, by chwyciły za pióro? Kajtek ma szczęście do nauczycielki, która potrafi zachęcić do pracy twórczej. Pani (o znamiennym nazwisku) Litera zadała jakiś czas temu w Kajtkowej klasie pewne zadanie: dzieci miały przez dwa miesiące prowadzić dziennik. Tak się to spodobało Kajtkowi, że postanowił czynność tę kontynuować. Jest koniec czerwca – zbliżają się wakacje. Swoje notatki chłopiec kończy 4 września. Zaczyna się szkoła, nowa klasa i nowy etap w życiu. Być może i pomysł na nową książkę? Wpisy dokonywane są systematycznie – i są różnej długości: niekiedy na zaledwie jednej stronie, niekiedy kilkustronne. W książce nie ma ilustracji – to pole popisu dla dziecięcej wyobraźni. Autorka we wstępie zachęca do wysyłania własnoręcznie zrealizowanych pomysłów na podany adres mejlowy.

Czytelnicy mogą towarzyszyć Kajtkowi podczas różnych wakacyjnych przygód, przedsięwzięć. Razem z rodzicami, przyjaciółmi. Będzie i do śmiechu: wystające nogi taty z domku na krzaku. Będzie smacznie – co rusz Kajtek pałaszuje różne smakowitości, na które przepisy znajdziemy na końcu książki. Będzie ciekawie – na nudę raczej Kajtek narzekać nie może.

Na końcu smakowite przepisy: na niebiańską zapiekankę serową mamy, racuchy serowe z malinami, żeberka w sosie z brązowym cukrem i pomarańczą, paszteciki z mięsno-kalafiorowym nadzieniem, ananasowe babeczki, gorącą czekoladę babci Kajtka, tosty z jajkiem, tuńczykiem i pomidorem, francuskie Brownie z kremem kajmakowym i inne.

Podsumowując - letnia książka na zimowe dni. Wniesie trochę ciepła i optymizmu, obudzi tęsknotę za wakacjami, podsunie pomysł, jak spędzić wolny czas.

A jeśli książka Wam się spodoba, możecie również sięgnąć po wcześniejszy tytuł:  Zeszyt z aniołami.

Wiek 7+

Wydawnictwo Zysk i S-ka

poniedziałek, 25 stycznia 2016
Wielkie małe książki. Lektury dzieci. I nie tylko - Grzegorz Leszczyński

Książkę Grzegorza Leszczyńskiego polecam wszystkim, którym bliska jest …. książka właśnie. Wprawdzie w tytule pojawiają się „małe książki”, lektury dzieci – jednak tyle tu różnych przemyśleń na temat lektur, czytelnictwa, ilustracji, że warto, by sięgnęły po nią osoby interesujące się książkami na co dzień – dla siebie, nie tylko zawodowo. Autor zwraca uwagę na czytanie książek wartościowych, bardzo dobrych, co podkreślone zostaje przytoczonym na samym początku cytatem Marka Twain’a: „Człowiek, który nie czyta dobrych książek w niczym nie jest lepszy od tego, który w ogóle nie umie czytać.”. Mocne to słowa, szczególnie dla osób chełpiących się swoimi licznymi podbojami czytelniczymi. Swoimi albo i swoich dzieci, uczniów, czytelników. Słynnym pożeraczom książek, pochłaniających papierową strawę w setkach i tysiącach stron mówi zdecydowane „nie”. Lepiej mniej a jednocześnie więcej. Bo z dobrych książek, ale wartościowych, jest dużo więcej korzyści niż z byle jakiej makulatury. Profesor Leszczyński używa dobitnego określenia: „śmieciowe żarcie książkowe”. Książkę trzeba smakować, trzeba się nad nią zatrzymać. Krótko mówiąc: „Wielkie małe książki” są swego rodzaju przewodnikiem po świecie książki dziecięcej. Leszczyński pokazuje, co w literaturze dobre i cenne, a na co nie warto zwracać uwagi. Podaje liczne przykłady książek jakie ukazały się w przeszłości i niedawno.

Podzielona na sześć rozbudowanych rozdziałów:

  1. Pożytki i niepożytki czytania.
  2. Powitanie z książką. Poezja dla dzieci.
  3. Imperium wyobraźni. Baśń.
  4. Prawda  świata, prawda człowieka.
  5. Sztuka książkowego uwodzenia.
  6. Zakończenie. Pożegnanie z książką.

Tytuły wyraźnie wskazują na zawartość poszczególnych części. Są to dogłębne i przekrojowe analizy poszczególnych książek i utworów, przytaczane są przykłady i tytuły z literatury polskiej i światowej. Nie tylko dziecięcej zresztą, choć ta zdecydowanie jest w przewadze. Grzegorz Leszczyński uczy … zachwytu nad książką, uczy też spojrzenia krytycznego. Widać jego fascynację książką, czym zaraża. Znajduje smaczki w biografiach znanych literatów i przytacza ich lekturowe umiłowanie. Chcąc nie chcąc czytelnik wychodzi jakby poza lekturę szukając jednocześnie w samym sobie podobnych uczuć.

Profesor Leszczyński zwraca uwagę nie tylko na „zasłużone” utwory. Dostrzega wartość króciutkiej rymowanki, mającej w sobie tyle muzyki. Pisze o roli kołysanki i przytacza liczne przykłady. Te niepozorne utwory to początek literackich dziecięcych zachwytów. Dokonuje również analizy literatury młodzieżowej. Swego rodzaju wstrząsem dla mnie było stwierdzenie (z którym po zastanowieniu się zgadzam), że „współczesna  dziewczyna nie ma żadnych punktów wspólnych ze „złotym pędrakiem” Makuszyńskiego. To skrajnie różne konstelacje, które przez pół wieku oddzielały lata świetlne”. Tym samym zastanawia celowość podsuwania naszych lektur dzieciństwa i młodości naszym dzieciom. Czy jest sens? Może świat przedstawiony w tych utworach stanowi swego rodzaju ciekawostkę, ale nasz bohater nigdy nie będzie już bohaterem naszego syna czy córki.

Nie brak tu ploteczek i ciekawostek z literackiego świata, które całości dodają trochę smaczku, do którego przyzwyczaiły nas po prostu media. Bez sensacji ani rusz. Jest historia Perrault’a, którego Ludwik XIV wyrzucił za bajki z Wersalu, jest opowiastka o Janinie Porazińskiej – pisarce antynarodowej. Jest i „Harry Potter” – nad którym dyskutował świat cały, jak długi i szeroki. Jest nawet mowa o Danielu Olbrychskim, który pociął szablą swoje fotosy filmowe na wystawie aktorów, którzy grali filmowe role nazistów. Ale takich smaczków jest tu niewiele. Przeważa ogromna porcja wiedzy na temat literatury.

Na koniec chciałabym przytoczyć dwa cytaty, które na długo zapadły mi w pamięci:

„Każda nudna książka w księgozbiorze naszych dzieci to kamień rzucony w przyzwyczajenia czytelnicze. I z powodu każdej nudnej książki w księgozbiorze, słabej, nijakiej, letniej, z każdej książki ugrzecznionej i wolnej od czytelniczych emocji każdy – czy to rodzic, czy bibliotekarz, czy nauczyciel, czy babcia lub dziadek, ciocia lub wujek, czy wydawca, czy księgarz – po prostu każdy powinien odbywać srogie pokuty. Najlżejsza kara to dziesięć lat nudnych lektur. Bez taryfy ulgowej”.

 

Autor podaje sposób na tych delikwentów, którzy nie czują mięty do książek:

„A co z tymi, którzy od książki uciekają? Trzeba ich uwodzić! Książka musi uwodzić, kusić i nęcić, inaczej po prostu po nią nie sięgną.”

Wydawnictwo Media Rodzina

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 142