Zakładki:
Dla dzieci
Lubimy czytać:) Książki ustawiam na półkach według kategorii: półeczka maluchów, starszaków, 6-10, 10+, półeczka młodzieży i rodziców. Wszystko w tagach
Autorzy i ilustratorzy książek
(c) copyright Prawa autorskie zastrzeżone. Jakiekolwiek kopiowanie lub inne wykorzystywanie treści mojego blogu jest zabronione bez uprzedniej zgody autora
O książkach dla dzieci
Szablon blogu
Tutaj piszę o książkach
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Tagi
Najlepszy blog o książkach dla dzieci/ młodzieży według portalu dużeKa:) eBuka 2013 jest moja! Półeczka z książkami

Wypromuj również swoją stronę Lubię czytać Popieram Internet Bez Chamstwa Spis moli
czwartek, 10 lipca 2014
Felek i Tola na wyspie - Sylvia Vanden Heede/ il. Thé Tjong-Khing

Kolejna odsłona przygód zajączki Toli i liska Felka. Akurat na lato – dwójka przyjaciół w poszukiwaniu ciepła trafia bowiem na wyspę. Tutaj zamierza spędzić beztroskie dni. I nie myślcie, że jak się leży całymi dniami plackiem na kocu, nic ciekawego się nie może wydarzyć – nic bardziej mylnego. Wakacje Felka i Toli obfitują w przygody, ciekawe rozmowy i … uwaga … w filozoficzne rozważania na temat morza, spacerów, gwiazd czy przypływu i odpływu. Oczywiście śmieszy miłe roztargnienie Toli, która na przykład mając do wyboru śpiwór żółty albo czerwony wybiera ...zielony. Wzrusza jej tęsknota za domem, za tym co bliskie i znane, za Heniem.  I śmieszy Reks Morski, prawdziwy przedsiębiorczy zwierzak, który ma wszystko na sprzedaż: i książki, i pudełko do dzwonienia. Łapie za serce Felek, który robi wszystko, by uprzyjemnić Toli wakacje i zmniejszyć tęsknotę – prawdziwy dżentelmen.

W książce znajdziecie 10 bardzo wakacyjnych opowieści. Okazuje się, że nawet znając się bardzo dobrze – a Felek i Tola zjedli ze sobą beczkę soli, można się sobą ... nie nudzić. Właśnie to jest dla mnie istota książki Sylvii Vanden Heede - relacje między nami. W świecie, gdy ciągle się mijamy, gdy na to i tamto nie ma czasu, Tola i Felek dostrzegają rzeczy na pozór nieważne, maleńkie i rozmawiają o nich, dyskutują. Potrafią mówić o swoich uczuciach - tych dobrych i złych. Uczą wręcz, jak sobie z nimi radzić. Jakaś maleńka rzecz, pierdołka jest punktem wyjścia do wspólnych działań i przyjacielskich rozmów.

Koniec oczywiście potwierdza prawdę starą jak świat, ze wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. I można wyjeżdżać w dalekie zakątki świata, ale do domu zawsze się wraca z prawdziwą przyjemnością.

Ilustracje są naprawdę urokliwe. Samo otoczenie bardzo ubogie w szczegóły, ale miny naszych bohaterów, ich reakcje - po prostu bezcenne:)

Wiek 3+

Wydawnictwo Dwie Siostry

 

wtorek, 08 lipca 2014
Boluś - Barbro Lindgren/ il. Olof Landström

Boluś to nowy bohater dla najmłodszych. Mała rezolutna świnka wraz ze swymi problemami i radościami. Krótkie teksty, do tego apetyczne ilustracje. Wypisz wymaluj świat małych dzieci, które świetnie mogą identyfikować się z Bolusiem (cudne to imię) – wraz z ich emocjami i uczuciami. Właśnie ukazały się dwa pierwsze tomy o perypetiach Bolusia (ależ słodycza – naprawdę).


W „Ładnie, Bolusiu” – pojawia się mały braciszek. Oczywiście Boluś jest trochę zazdrosny – wiadomo nowy wtargnął na jego teren, do tej pory zarezerwowany wyłącznie dla niego. W dodatku braciszek ma rzeczy, których Boluś nie ma – ot jak choćby taki zwykły niezwykły smoczek. Boluś marzy o nim. Kiedy w końcu nadarza się okazja, by włożyć smoka do ryjka, inni wyśmiewają Bolusia. Pojawiają się też świnki, które zdobywają świat przemocą. Na szczęście cała historia o smoczku kończy się happyendem.


W „Ależ, Bolusiu” mama świnka tylko sprząta i sprząta (skąd my to znamy). Chrumka przy tym, bo bałagan wszędzie. A Boluś tak chciałby, aby mama znalazła dla niego czas. Kiedy bałagani tam, gdzie mama zrobiła niedawno porządek, postanawia opuścić dom i udać się w świat. Po jakimś czasie doświadcza olśnienia, że przecież ma swój dom, swoją mamę, która go kocha i swoje patyki i ziemniaki do zabawy. Ta historia przypomina mi trochę „Tam, gdzie żyją dzikie stwory” Sendaka – chłopiec musi udać się w świat, w podroż, podczas której nabędzie nowych doświadczeń, które wzbogacą jego ja. Boluś widzi, że życie poza domem nie jest łatwe – nie ma osoby, która chciałaby go przygarnąć. Nie ma wolnego miejsca na ziemi, gdzie mógłby zamieszkać z Przytulanką Chrumtaskiem. I tak jak Max, rownież Boluś wraca do domu, gdzie czeka kochająca mama, gdzie jest ciepło i bezpiecznie.

Książki ładnie wydane w formacie zbliżonym do A4, duże ilustracje. Zarówno tekst i ilustracje nie pozbawione humoru. Na pewno spodobają się najmłodszym, a Boluś znajdzie wśród nich swoich wielbicieli.

Wiek 2+

Wydawnictwo Zakamarki

niedziela, 06 lipca 2014
W altanie Aleksandra Gierymskiego - Justyna Mrowiec/ il. Izabela Kaczmarek - Szurek

Czytanie i oglądanie tej książki jest przyjemnością. Cieszę się, że powstają ciągle nowe tytuły o sztuce dla dzieci, które oswajają tematykę - czasami naprawdę niełatwą. Przekazują informacje w prosty i przystępny sposób. W końcu - zachęcają do sięgania po książki ambitne, inspirują do wypadów w kulturę. Do takich lektur niewątpliwie należy ta o altanie Aleksandra Gierymskiego. Najpierw poznajemy chłopca, który dziwnym zrządzeniem losu trafia do przeszłości. W ogrodzie za murem spotyka malarza malującego obraz. Grupa ludzi pozuje mu w bogatych strojach z minionej epoki. Chłopiec ma przed sobą Aleksandra Gierymskiego, który opowiada mu o swojej pracy, modelach i sztuce. Kolejne rozdziały to informacje na temat samego malarza, jego dzieł. Jednak najwięcej uwagi autorka poświęca analizie tytułowego obrazu. Dosłownie rozbiera bohaterów tego malowidła: dając dzieciom tym samym możliwość wykorzystania swojej wyobraźni. Można samemu dorysować postaciom stroje, fryzury, bawić się światłem. Namawia dzieci do wkomponowania siebie i swoich znajomych w obraz - ale podczas spotkania przy współczesnym grillu:) Tłumaczy, na czym polega magia ogrodów. Tutaj również dzieci chwytają za kredki: dorysowują brakujące fragmenty ogrodu w stylu angielskim lub francuskim, projektują wymarzony ogrodowy lampion. Na chwilę nasza uwaga skierowana jest w stronę innego obrazu ogrodowego. To Dziwny ogród Józefa Mehoffera - dzieci szukają różnic między dwoma dziełami, poznają pojęcie realizmu. Na końcu książki czytelnik może sam nadać tytuły obrazom artysty i zagrać w grę Podróż z Gierymskim.

Książka, która aktywuje do działania, pobudza wyobraźnię, zachęca do odwiedzenia muzeum. O Aleksandrze Gierymskim było niedawno bardzo głośno. Po wielu latach wrócił do Polski jego najsłynniejszy chyba obraz: Żydówka z pomarańczami. Jego dzieło W altanie, to taki swego rodzaju wypadek przy pracy. Większość obrazów Aleksandra Gierymskiego poświęcona jest ludziom ubogim, biednym wręcz, tak jak jest to w przypadku Pomarańczarki.

W książce Justyny Mrowiec przeczytacie, że artysta czuł się nie rozumiany i nie doceniany przez mu współczesnych. Stolicę określił raz jako Idiotenburg, po czym już na zawsze opuścił Warszawę. Dziś jego dzieła są bezcenne - malarz natomiast często sam cierpiał biedę - podobnie jak bohaterowie jego obrazów.

 Książka wydana przez Narodowe Centrum Kultury we współpracy z Wydawnictwem RM i Stowarzyszeniem Fala Kultury

niedziela, 29 czerwca 2014
Mała książka o gwarze warszawskiej - Maria "Mroux" Bulikowska

Kiedy w zeszłym tygodniu dzwoniłam w ważnej sprawie do Warszawy zaskoczył mnie mój rozmówca oddalony ode mnie o 300 km.

-Proszę nie mówić, skąd Pani jest. Sam zgadnę.

Chwila konsternacji z mojej strony, bo z czymś takim spotkałam się po raz pierwszy. Ale uśmiechnęłam się pod nosem:

-Dobrze, no więc skąd jestem?

Pan najpierw przeprosił i wyjaśnił, że to takie jego skrzywienie - osobiste (dodał) nie zawodowe. Bo telefon dotyczył zgoła zupełnie innego przedmiotu. Po czym trafnie rzucił: Wielkopolska. Poznań:) Bo Wy tam tak fajnie śpiewacie:)))

 

Gwara, regionalne zwroty budują klimat dla danego terenu i miejsca. Nie można absolutnie zaprzeczyć, że takowy ma również Warszawa. Wiadomo - wojna zniszczyła wiele, czego odbudować się nie da, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nasza stolica ma nadal miejsca klimatyczne, ludzi, którzy się do tego przyczyniają. Często są to zwykli ludzie, którzy by się zdziwili, gdybyś powiedział im, że w znacznym stopniu tworzą specyficzną atmosferę tego miasta. Jeśli natomiast ktoś chce poznać szczegóły, również aspekty z przeszłości - polecam książkę o Małej gwarze. Autorka zaprasza do specyficznej podróży po mieście - takiej wycieczki nie zagwarantują Wam biura podróży, które organizują wyjazdy 2-3 dniowe i gonią Was po Pałacu Kultury, Łazienkach i Wilanowie, zapominając, że istotnym aspektem całości są właśnie ludzie. Byłam kilka razy na wycieczkach - dużo z nich pamiętam i wyniosłam, ale aspekt ludzki: zwyczajów, mowy nigdy nie został poruszany. Dopiero kiedy przyszło mi w niej na trochę zamieszkać - mogłam doświadczyć tego osobiście - poprzez wspomnienia warszawianki z dziada - pradziada. Choć akurat w przypadku Doroty i jej rodziny słynne powiedzenie: "nie ma cwaniaka nad warszawiaka" - w ogóle się nie sprawdziło. I dobrze.

 

Myślę, że każdy z nas mógłby na swoim przykładzie podać, że gwara i regionalizmy płata różne figle. Moja ciotka Frania będąc kiedyś na Śląsku zrobiła wielkie oczy w autobusie, gdy babcia zapytała wnuczkę:

-A chcesz ty wieprzka? - Po czym zaczęła gmerać w swojej torbie ku przerażeniu mojej ciotki, która myślała w tym czasie zupełnie o czymś innym. Jej mina, gdy okazało się, że śląska babcia miała na myśli zwykły agrest (u nas w Wielkopolsce zwany: angrystem) - bezcenna:)

Dzięki książce Mari "Mroux" Bulikowskiej dowiecie się, że w Warszawie okulary to patrzałki, ząb - gryzak, książka - kniga, kieliszek - kielonek. Poznacie definicję rasowego cwaniaka warszawskiego, zasady wymowy, wyrafinowaną elegancję językową, również ciekawostki kulinarne (ciekawe czy wiecie co to takiego: katolik z cebulką?:). A może nawet spróbujecie sami zrobić Pańską skórkę? Ale nie myślcie, że po lekturze od razu poznacie wszystkie tajniki gwary warszawskiej - która jak się okazuje ma różne rodzaje - inaczej mówią studenci, inaczej kelnerzy, inaczej chuligani, nie mówiąc już o poszczególnych dzielnicach.  Oprócz aspektu językowego w tle pojawiają się różne informacje z dnia codziennego, z historii czy kultury. Jednym słowem - mnóstwo ciekawych informacji podanych w niezwykle atrakcyjny sposób. I to za sprawą również udanych ilustracji, w których warszawiacy zostali przestawieni jako różne zwierzęta. Jest śmiesznie, sympatycznie, klimatycznie. Obowiązkowa lektura przed wyjazdem na wycieczkę do "stolycy".


Wiek 6+

Wydawnictwo Babaryba

środa, 25 czerwca 2014
Tam, gdzie żyją dzikie stwory - Maurice Sendak

Kiedy kilka lat temu moja siostra była dłuższy czas za Oceanem, znając nasze zamiłowanie do książek, poleciła właśnie książkę Sendaka. Znaczna część pewnego listu była o niej, fascynacji jej amerykańskich podopiecznych tą lekturą, czytaniu jej tam i  z powrotem, recytowaniu tekstu przez dorosłych i maluchy z pamięci. W międzyczasie dostaliśmy oryginał, ciocia przetłumaczyła dla prywatnych potrzeb tę historię - a teraz się bardzo cieszę, że w końcu jest dostępna - dla wszystkich.


Z perspektywy czasu stwierdzam, że to najważniejsza książka z półki moich dzieci - dla mnie - i dla moich dwóch synów - choć oni w tej chwili nie zdają sobie z tego sprawy. Książka o trudnym niekiedy dzieciństwie - z jednej strony beztroskim - bo przecież dzikie zabawy Maxa takie właśnie są. Bieganie z widelcem po domu w stroju wilka i terroryzowanie psa, zabawy z młotkiem, bałaganienie - kto by się przejmował uczuciami biednego zwierzaka albo mamy, nie mówiąc o wymęczonym miśku. Grunt to zabawa. Z drugiej strony relacje z dzieckiem - zwłaszcza z chłopcem/ami często nie są łatwe. Reakcją książkowej mamy na naganne zachowanie syna jest odesłanie chłopca do pokoju bez kolacji. Wyczuwa się jak z ilustracji zioną złość, nienawiść. I wtedy w pokoju Maxa zaczyna rosnąć las, przypływa łódka, która zabiera chłopca przez ocean do krainy gdzie mieszkają dzikie stwory. Tam zostaje królem, może robić co mu się podoba. Ale przychodzi dzień, kiedy Max zaczyna odczuwać tęsknotę za domem, w którym jest ktoś, kto "kocha go ponad wszystko". Max wraca znów przez ocean, a w jego pokoju czeka na niego ciepła kolacja.

Ta książka w znakomity sposób pokazuje chłopięcy świat, mówi o potrzebach i tęsknotach małych mężczyzn. Każdy z nich tak naprawdę musi udać się kiedyś w taką właśnie nieznaną podróż, podczas której nabierze doświadczenia, pozna bardziej siebie, wsłucha się w swoje wnętrze i zrozumie co tak naprawdę jest dla niego ważne. Droga do stania się prawdziwym mężczyzną wcale nie jest łatwa. W małych organizmach muszą zajść niesamowite zmiany: na płaszczyźnie emocjonalnej, duchowej, biologicznej. A podroż ta - jak się okazuje, wiedzie przez burze i oceany, jest pełna niebezpieczeństw i niepewności.


Chciałabym zwrócić uwagę na postawę matki, której niby w książce nie ma, ale tak naprawdę ... wszędzie jej pełno: wysłanie chłopca do pokoju (zwróćcie uwagę - prawie pustego - to jest dopiero pole do wyobraźni - i Max korzysta z tego pełnymi garściami), powoduje, że chłopiec ma możliwość przeniesienia się do obcej krainy bez najbliższych. To doświadczenie nie wywołuje w nim ani poczucia szczęścia ani wolności. Jeśli takowe się pojawia to tylko na chwilę. Jest ułudne, daje pozorną satysfakcję. Pojawiają się za to wewnętrzny smutek i nostalgia. Przychodzi moment, że chłopiec jest gotowy na powrót do rzeczywistości, gdzie są miłość, wsparcie i bezpieczeństwo. Mama w końcu nie narzuca się - pozwala na oddalenie się dziecku, daje mu czas na zrozumienie swojego postępowania i wyciszenie. Ciepłe jedzenie na końcu ukazuje, że mama myśli, czuwa, jest cały czas i wybacza.

Absolutnie nie bójcie się dzikich stworów, które pojawiają się w tytule. Skoro zaprzyjaźnił się z nimi Max, to i  naszym młodszym dzieciom nie zrobią krzywdy. Te ilustracje to klasyka. Znane są w wielu krajach od lata (np. w Niemczech od 1967r.) i wszędzie budzą zachwyt. Moja radość z powodu tej książki naprawdę jest wielka:)

Książka została wydana po raz pierwszy w 1963r. Mimo swoich ponad 50 lat jest to książka PONADCZASOWA!

Wiek 4+

Wydawnictwo Dwie Siostry

 



poniedziałek, 23 czerwca 2014
Kiedy ostatnio byłam szczęśliwa - Rose Lagercrantz/ il. Eva Eriksson

 

Na Dzień Taty polecam książkę Rose Lagercrantz, w której głównymi bohaterami są Dunia i jej tato. Dunia zdecydowanie na pierwszym planie – ale tato w  tle – jak najbardziej ciągle obecny, troskliwy, kochający. Sam wychowuje córkę. Nie ma się co dziwić, że między nimi jest bardzo silna więź. Pech chciał, że pewnego dnia tato zostaje potrącony przez jadący samochód. Jest w szpitalu i długo nie odzyskuje przytomności. Dunia jest bardzo smutna z tego powodu, nie może znaleźć sobie miejsca, ale od czego są bliscy i przyjaciele.

Autorka poruszyła w książce tak wiele spraw, uczuć i emocji, które dotykają współczesne dzieci: więzi w rodzinie, relacje w klasie, przyjaźń, stosunek do chorej osoby. Na małą Dunię spadło tak wiele. Ten kto zna wcześniejsze dwa tomiki o losach Duni, sam może teraz się przekonać, że fortuna kołem się toczy. Raz serce Duni skacze z radości, tutaj dotyka ją niewyobrażalny smutek i cierpienie bliskiej osoby. Mała Dunia uczy pokonywać takie trudne chwile dnia codziennego, pokazuje, że nawet wtedy nutka optymizmu rozjaśnia smutną minę i powoduje, że świat dokoła nabiera żywszych barw. W końcu jest nadzieja, że wszystko zakończy się happy endem. Wielką wartością cyklu o Duni jest przesłanie o prawdziwej przyjaźni - na dobre i złe, wiernej - mimo dużej odległości, którą co rusz dziewczynki odnawiają. Tak jakby nie obce było im przysłowie, że drogi, którymi się nie chodzi, szybko zarastają.

Eva Eriksson trafnie pokazuje nastroje małej Duni na czarno - białych ilustracjach. Nie wyobrażam sobie ich w  kolorze. Są jak zdjęcia dokumentujące życie Duni - zwykłe wypełnione szkołą, lekcjami, rozmowami z najbliższymi. Jakby ktoś stał gdzieś w pobliżu i robił jedną fotografię za drugą.

Książka do głośnego czytania lub do samodzielnych prób dla początkujących czytelników. Krótkie i proste zdania. Rozdziały niezbyt długie. Każda rozkładówka to kolejne ilustracje. Przeczytać taaaka grubą książkę to jest dopiero coś.

 

Przy okazji polecam ciekawy wywiad z Katarzyną Skalską z Zakamarków. Można wiele się dowiedzieć o dobrych książkach dla dzieci i planach wydawniczych, a te są naprawdę bardzo smakowite:)

Wiek 6+

Wydawnictwo Zakamarki

niedziela, 22 czerwca 2014
Dlaczego mleko jest białe? - Susanne Orosz/ il. Yayo Kawamura

Dzieci kochają to słowo "dlaczego?". Są ciekawe otaczającej je rzeczywistości. I choć książka Susanne Orosz nie zaspokoi całkowicie tej dziecięcej ciekawości, to w jakiś sposób chociaż częściowo odpowie na nurtujące je pytania. To nie sucha regułka definiująca dane zagadnienia, ale krótkie historyjki, które na przykładzie losów wybranych bohaterów drążą temat. Napisane prostym językiem, z humorem - świetnie kontynuują całą serię - bo ta lektura to już trzeci tytuł Historyjek dla ciekawskich dzieci po Skąd się biorą dziury w serze? i Dlaczego rekiny nie chodzą do dentysty?

Tutaj znajdziecie 13 opowieści, a wszystkie kręcą się wokół jedzenia. Skąd się wzięły w Europie pomidory, dlaczego tylu z nas kocha makaron, dlaczego zielony groszek można nazwać cudowną pigułką, czy pokrzywę można jeść, jak wydobywa się sól, gdzie rośnie czekolada, co kryją w sobie truskawki, czy miód jest lekarstwem, skąd się bierze mleko, jak powstaje ser, czy chleb puszcza bąki, skąd w Polsce wzięły się ziemniaki, jak powstaje słodki lukier? Oczywiście wszystko zakończone wielkim znakiem zapytania:)) Na końcu kilku opowieści znajdziecie  ciekawe przepisy - które bez problemów można podsunąć do wykonania dzieciom.Wspólne gotowanie to na pewno skutek czytania tej książki, większa wiedza, ale i przyjemniejsze, ups, chciałam powiedzieć smaczniejsze życie.

Te książkowe opowieści na końcu rozdziałów zwierają też Kącik wiedzy - już bez książkowych bohaterów. Sprowadza się on do podania najważniejszych i rzeczowych informacji na dany temat. Znajdziecie w nim ciekawostki i hipotezy, bo jak się okazuje, w niektórych przypadkach, nic do końca nie jest jasne. Jak choćby kwestia wynalazcy makaronu, co jak się okazuje, jest przedmiotem sporu pomiędzy Chińczykami i Włochami.

 

Wiek 4+

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

sobota, 21 czerwca 2014
Dawniej i dziś - Christa Holtei/ il. Astrid Vohwinkel

 

czyli ....Jak żyły dzieci przed stu laty, a jak żyją dzisiaj.

U nas w domu popularnością i sporym zainteresowaniem cieszą się opowieści typu: a kiedyś, dawniej, a gdy dziadek był mały, a w czasach dzieciństwa babci Basi i tak dalej, i tak dalej. Historia, przeszłość, porównania z teraźniejszością. Próba oceny – gdzie i kiedy było lepiej: tam czy tu, obecnie? Niekiedy wybór trudny – zwłaszcza, gdy dziadek Stasiu wspominał jak pół dnia chlapał się w kałużach po deszczu i nikomu nie przeszkadzało, że był mokry i brudny, że katar, zapalenie płuc, lekarstwa, inhalacje, a może nawet i zakażenie. Choć współczesne zabawy i gadżety kuszą, oj kuszą:)


Kolejny tytuł wydany w ramach serii „Mądra Mysz” wyjaśnia wiele znaków zapytania: jak żyło się kiedyś, a jak dziś. Jakie różnice są istotne. Ta sama kamienica – tyle że współczesnych mieszkańców od tych z przeszłości dzieli aż 100 lat. Kiedyś budynek dla jednej rodziny teraz dla trzech. Zmieniają się nie tylko ludzie, ale przedmioty dnia codziennego, a co najciekawsze - obyczajowość i tło społeczne. Bo kto dziś zatrudniałby służącą, by pomogła dzieciom rano się ubrać? Dziś same biegniemy po pracy na zakupy do supermarketu i wcale nie potrzebujemy do tego kucharki. Książka dotyka wielu aspektów życia: ubierania, toalety, posiłków, pracy, zakupów, szkoły, zabawek, komunikacji, prania, choroby i jej leczenia, czasu wolnego. Każda rozkładówka to kolejne porównanie jakiegoś tematu. Co druga rozkładówka jest rozszerzona o dodatkowy materiał poglądowy na skrzydełkach, który zgrabnie składa się następnie w spójną całość. Polecam – na pewno zainteresuje ta wyprawa do przeszłości.


Wiek 5+

Wydawnictwo Media Rodzina

czwartek, 19 czerwca 2014
Żółte, zielone, czerwone, niebieskie, niezwykłe przygody - Franciszka i Stefan Themerson

W skrócie podsumowałabym tę książkę tak: pochwała sztuki. Bo to właśnie ona może zmienić świat, pokazać go, zinterpretować, może zmienić nasze postrzeganie rzeczywistości. Tego uczy malarz Jan swojego syna - małego Jasia. Oto kredki (taaaa- zwykłe kredki) mogą przyczynić się do powstania dzieła, mogą sprawić, że rzeczywistość naokoło będzie po prostu piękniejsza. Książka zachęca tym samym do tworzenia - i kto wie jaki będzie skutek czytania tej historii. Może powstanie mała prywatna książka? Tak jak w przypadku Jasia, który narysował Marysię i jej świat. Tworzenie ołówkiem, kredkami i słowem. Prawdziwa afirmacja wyobraźni i kreatywności. Kolor może wiele. Kolor może zmienić świat i nas samych.

Historia Żółtego ... jest trochę tajemnicza, bowiem rękopis w postaci sklejonych kartek w formie harmonijki został odkryty dopiero jakiś czas temu już po śmierci Themersonów (1988r.). Nikt o nim wcześniej nie słyszał, nigdy książka nie była wydana. Datuje się ją na początek lat 30-tych ubiegłego wieku. Jej przygody opisano w na końcu książki - razem z biografią autorów.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy - przeszło mi przez myśl: to mogła być lektura dzieciństwa mojej babci (a na pewno nie była - i Waszych babć również:). Postacie na ilustracjach - zwłaszcza tata Jan - artysta malarz - jak z innego świata - z długaśną i gęstą brodą. I temat. Czy dziś kredki - same kredki mogą tak zafascynować dzieci, kiedy wokół tyle innych bodźców? Fascynacja Jasia światem sztuki, zabawą kolorem, zmianami jakie wprowadzają one w szarą rzeczywistość jest naprawdę imponująca.Tyle że małe dzieci mające często do dyspozycji komórki z aparatami fotograficznymi, tablety, laptopy - mają swoją receptę na utrwalenie rzeczywistości. Stąd moje zaszufladkowanie Żółtego do lektur babcinych, które pełne są uroku. Ja lubię taki świat, tutaj przedstawiony na grubych tekturowych kartkach, z czcionką - jakby była pisana na zwykłej maszynie (tak jest też w posklejanym oryginale). Książka z innej epoki. Za chwilę będzie miała sto lat. Z czego niedawno po raz pierwszy trafiła do szerszej publiczności.

Książka wydana przez Fundację Festina Lente. Warto zajrzeć na stronę www.iczytam.pl, gdzie znajdziecie mnóstwo ciekawych materiałów do wykorzystania za darmo: e-booki, audiobooki, i-booki i aplikacje na ipoda do pobrania.

Podobają mi się takie zabiegi:) Pamiątka na całe życie...

Wiek 6+

Wydawnictwo Fundacja Festina Lente

poniedziałek, 16 czerwca 2014
Metryka nocnika - Iwona Wierzba, ilustracje Marianna Sztyma

Człowiek zwraca uwagę na wielkie wynalazki. Co rusz pojawiają się i filmy i książki o rzeczach doniosłych, które miały wpływ na rozwój ludzkości. Koło, ogień, pismo, wytapianie metalu et cetera. Kto by tam zwracał uwagę na … nocnik. Ot, zwykły element jakże zwykłej i szarej codzienności. Mało tego – dla niektórych temat tabu, nie woniejący zbyt pięknie. I tak oczywiście oczywisty, że i zastanawiać się nad nim za długo nie ma co.


Tymczasem wyobraźmy sobie życie bez tego przedmiotu i jego ewolucyjno – rewolucyjnych dzieci – w postaci sławojek, sedesu, toalety. Aż strach pomyśleć, co by się działo. Noooooo właśnie. Iwona Wierzba dokonuje ciekawej analizy dziejów nocnika począwszy od czasów epoki kamienia łupanego po współczesność. Zagląda do kątków i zakątków jaskiń ludzi pierwotnych, eleganckich willi starożytnych Rzymian, rycerskich zamków. Odwiedza Wersal, w którym sikano gdzie popadnie (byłam i temat wdzięcznie przemilczano), nie oszczędza królowej Elżbiety, u której ponoć na zamku śmierdziało i żadne wonności ani zioła nie pomagały.

Mnie (germanistkę) rozbawiła teoria, jakoby Martin Luter swoje 95 tez opracował właśnie w toalecie. Na kartkach książki pojawiają się różni znani ludzie - i to z górnej półki: politycy, władcy, artyści. W końcu jak mawiał Terencjusz: nic co ludzkie nie jest nam obce. I choć temat niewygodny, śmierdzący, to jednak dotyczący wszystkich. Autorka świetnie odzwierciedla reakcję ludzi na coraz to nowsze wynalazki, labirynty rur odprowadzające ścieki w siną dal, waterklozet, papier toaletowy. Niby takie nic, a jednak jakże trudno wyobrazić sobie życie bez tych wszystkich wynalazków. I nie ma co się zżymać na temat. Zresztą mole książkowe jakoś z większą tolerancją i mniejszym zawstydzeniem patrzą na to miejsce. No cóż, skoro nawet TEN Umberto Eco przyznał kiedyś oficjalnie, że najciekawsze książki czyta właśnie w toalecie.


"Kiedy wybieram do toalety jakąś książkę, oznacza to, że jest wartościowa, i zamierzam zajmować się nią przez kolejne dni. Kiedy odwiedzają mnie znajomi i znajdują w toalecie swoje książki, są zazwyczaj lekko zirytowani. Przynajmniej dopóki im nie wytłumaczę, że to jest przywilej, a nie oznaka lekceważenia". *

Ja zachęcam do poznania książki Iwony Wierzby, podzielonej na różne epoki, ważne momenty w dziejach ludzkości. Przedstawia ona stan historii nocnikowo - toaletowej w danym czasie historycznym, jednocześnie podaje do wiadomości jakie inne wynalazki warte uwagi pojawiły się równolegle gdzieś na świecie.


Ta książka ma swój charakter również dzięki ilustracjom Marianny Sztymy. Jeśli znacie Legendę o głowie wawelskiej - specjalnego zaproszenia nie potrzebujecie. Ilustratorka świetnie operuje pojęciem czasu w swoich obrazach. Nie wiem jak to robi, ale za sprawą jej prac, przenosimy się do różnych epok. Starożytność, czasy rycerzy i katów, współczesność. Traktuje temat poważny trochę niepoważnie sięgając po poetykę komiksu i technikę kolażu. Nawet Mona Lizę posadziła na klozecie, a przy Leonardo da Vincim pojawił się charakterystyczny komiksowy dymek.

Niespodzianką jest gra planszowa na obwolucie. Wyprawa przez historię ludzkości: od momentu rozniecenia ognia po kosmiczne toalety.

 

* - cytat znalazłam tutaj

Wydawnictwo Albus

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 112