Półeczka z książkami![]() Wypromuj również swoją stronę
|
Blog > Komentarze do wpisu
Kerstin i ja - Astrid Lindgren
Kiedy jako dziecko zaczytywałam się w Dzieciach z Bullerbyn, zawsze na końcu pojawiało się to samo pytanie – A co dalej? Zresztą podobne uczucia miałam niedawno, gdy po raz kolejny (z przyjemnością, a jakże:) przeczytałam tę książkę z Tomkiem. I żadne wydania obrazkowe – dodatkowe historie o Bożym Narodzeniu, wiośnie i Wielkanocy nie są w stanie tak do końca mnie zadowolić. Dobre, zwyczajne, szczęśliwe , ba – sielankowe wręcz życie się skończyło, a ja tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak wyglądał jego ciąg dalszy. No tak, jestem zepsuta przez współczesną literaturę, filmy. Jak coś odniesie sukces, to zaczyna się to traktować jak kurę znoszącą złote jajka. Czasem niestety aż do przesady – dopisuje się kolejne części w nieskończoność. Może właśnie na tym polega urok tej niesamowitej dziecięcej lektury – i żyli długo i szczęśliwie (bez szczegółów), a dalszy ciąg sami sobie dopowiedzcie. Kerstin i ja może wypełnić tę pustkę po Dzieciach. Z jednej strony inna tematyka, a z drugiej – jednak kilka podobieństw, scen, które przypominają o tamtej wesołej gromadce. Zamiast niej są dwie siostry – Kerstin i Barbaro. Ta ostatnia opowiada o sobie i rodzinie. Tytułowe dziewczęta to dwie rezolutne szesnastolatki, bliźniaczki, które z wielką radością opuszczają z rodzicami miasto, i przenoszą się na szwedzką wieś. Ich ojciec, kiedyś zawodowy wojskowy, ma zamiar stać się rolnikiem i gospodarzyć w majątku rodowym, który przez kilkanaście lat był w rękach dzierżawców. Ciężka praca na roli, dźwiganie majątku z ruiny, życie na wsi, nowi ludzie i zwyczaje. Kerstin i Barbaro są przeszczęśliwe w Lillhamra – tutaj zakochują się, cieszą się z obcowania z przyrodą i prostymi ludźmi, pomagają rodzicom w pracach polowych, doją krowy, jeżdżą do młyna, powożą końmi – ale … mają też swoje miejsca poziomkowe, w Noc Świętojańską skaczą przez dziewięć płotów i chowają ziele pod poduszkę, włażą na drzewa, objadają się czereśniami i sprzedają je do miasta. Zresztą sami poszukajcie analogii z Dziećmi. Podczas lektury nie mogłam opędzić się od myśli, że ta książka to swego rodzaju hołd dla miejsc rodzinnych i szczęśliwego dzieciństwa autorki. Wracała do nich w wielu swoich książkach, publikacjach, wspomnieniach. Dawało jej to siłę do życia. Popatrzmy na datę wydania Kerstin i ja – rok 1945. Trudny moment historyczny, czas niedoborów, biedy, tylu ludzkich nieszczęść. Lindgren pisze powieść o dobrym życiu, pozwala zatopić się w sielankowym życiu na wsi, jednocześnie wskazuje drogę do szczęścia – to bardzo prosta recepta: miłość i praca. Kerstin i Barbaro podążają tą drogą i czują się spełnione. Nie marzą o dyplomach, wyższych uczelniach, mają skromne potrzeby, umieją zrezygnować z bogatych strojów i ozdób i chcą pomagać, chcą czuć się potrzebne. Lindgren pisze tę książkę dla siebie i innych, jako swego rodzaju pokrzepienie serc. I choć dziś może z pewnością uchodzić za powieść staroświecką, jej lektura może sprawić niesamowitą przyjemność. Życie toczy się wolno, ludzie troszczą się o rodzinę i zwierzęta, dojrzewają zboża i trawy. Kerstin i Barbaro cieszą się każdą chwilą, potrafią zachwycić się ciszą, spotkaniem z drugim człowiekiem, letnim deszczem i szczęściem najbliższych. Nie ma tu sensacji, nie ma nagłych zwrotów akcji – ot zwykłe wiejskie życie, a jednak pełne uroku. Takich książek niestety jest coraz mniej. Jeśli lubicie takie klimaty, albo chcecie na chwilę wrócić do Bullerbyn, które tutaj nazywa się Lillhamra, koniecznie zajrzyjcie do tej książki. I jeszcze jedna refleksja – po lekturze naszła mnie niesamowita ochota podróży na Północ. Ja odetchnęłam tutaj świeżym czystym szwedzkim powietrzem, zatopiłam się w zawilcach i pierwiosnkach, zachwyciłam białymi drewnianymi ławkami, poduchami w kratkę, domkami z drewna pomalowanymi na charakterystyczny czerwony kolor. I bardzo chciałabym zobaczyć to na własne oczy…kiedyś … Napisałam wiele o moich subiektywnych odczuciach. To dla mnie taka trochę podróż w przeszłość. Czy zainteresuje współczesną młodzież? Trudno powiedzieć. Patrząc na aktualną ofertę wydawniczą, musi paść pytanie, czy dzisiejsze nastolatki zechcą wyjechać na prowincję, na wieś (w książce oczywiście!), gdzie toczą się rozmowy o snopowiązałce, gdzie chłopiec próbuje skraść uśmiech dziewczyny, a pocałunku nie śmie? Spróbujcie podrzucić córce, a potem napiszcie proszę, czy się spodobała. Polecam miłośnikom Dzieci z Bullerbyn. Wiek 10+ (wydawca) Ja raczej widzialabym z tą książką trzynastolatki + 99:) Wydawnictwo Nasza Księgarnia czwartek, 18 marca 2010, be.el
Komentarze
jolantachrostowskasufa
2010/03/19 08:34:55
Tatianka ma dopiero 3,5 roczku, więc jeszcze za wcześnie na tę lekturę, ale sama jestem ciekawa, jak zostanie ona przyjęta przez współczesną młodzież. Być może to książka adresowana do miłośników pierwszej części, czyli starych, dobrych "Dzieci z Bullerbyn". :-)
|